I Wstęp, czyli Był sobie Pies
Był sobie Pies. Miał schroniskowe, sieroce imię, niełatwą przeszłość, wielki strach i niespożytą chęć życia. Zdarzyło się raz, że spotkał Panią: bez żadnego doświadczenia z czworonogami, przerażoną perspektywą oswajania bestii. Pani praktykowała terapię czaszkowo-krzyżową. I tak oto z naszej historii – człowieka i psa – zrodził się pomysł na tę pracę.
Kilka dni po przygarnięciu Fuego – wielkiego, rudego i dzikiego jak australijski Dingo – patrzyłam na niego z niepokojem. Zwierz miotał się bez końca po domu, chodził w kółko, niespokojnie i szybko, pobudzony ponad miarę. Kłapał szczęką co parę minut (wyglądało to trochę jak nerwowy tik), ziewał i szczerzył zęby, powarkując od czasu do czasu. Na każdy głośniejszy dźwięk: śmiech, czy upadek łyżeczki ze stołu, reagował bardzo gwałtownie, zrywając się na równe nogi, uciekając do innego pokoju i naprężając ciało. Równocześnie ze wszystkich psich sił próbował mi się przypodobać, liżąc mnie przy każdej okazji po rękach. Mimo kilku dni wypełnionych długimi, spokojnymi spacerami, karmieniem i głaskaniem, nadal nie czułam się z nim bezpiecznie – i on ewidentnie nie czuł się bezpiecznie w nowym domu.
Wtedy postanowiłam spróbować terapii czaszkowo-krzyżowej. Zakładałam, że przywrócenie równowagi we fluktuacji płynu mózgowo-rdzeniowego i uspokojenie całego układu nerwowego mogą złagodzić jego pobudzenie i pozwolić mi wejść z nim w relację, pomóc w procesie zadamawiania się psa w nowym miejscu. Chciałam też pomóc mu uporać się z traumą porzucenia i – przede wszystkim – dać mu poczucie bycia słyszanym. Wnioski z tej próby, a także z pracy z półroczną, straumatyzowaną suczką odrzuconą przez matkę i rodzeństwo, będę przytaczać w niniejszej pracy.
W pierwszej części nakreślę specyfikę pracy z psem jako takim, na poziomie komunikacyjnym, a także anatomiczno-fizjologicznym. Następnie przedstawię efekty wykorzystania terapii na przykładzie 2 psów: Zeldy i Fuego.
II Specyfika pracy z psem
1. Komunikacja z psem
W mojej praktyce terapeutycznej dla ludzi jednym z podstawowych narzędzi pracy jest język. To za jego pomocą mogę przed sesją zebrać wywiad na temat stanu zdrowia pacjenta, zapytać o jego zasoby, ale także poznawać odczucia fizyczne i emocjonalne klienta pojawiające się w trakcie sesji i na nie odpowiednio reagować. Mogę go zapewnić, że jestem i że to, co się dzieje, co czuje, jest w porządku. Szczególnie istotne jest to w pracy z traumą.
W pracy ze zwierzęciem kontakt werbalny jest ograniczony. Oczywiście mówienie do psa spokojnym tonem, używanie słów znanych mu, kojarzących mu się z pozytywnymi sytuacjami („dobry pies”) jest pomocne, pies jednak – proszę wybaczyć oczywistość stwierdzenia – nie odpowie w ludzkim języku, nie nazwie uczuć. Trzeba więc wyostrzyć inne sposoby komunikacji.
Kluczowe staje się obserwowanie psich reakcji – z tego względu, jak również ze względów bezpieczeństwa, nie polecam pracy z zamkniętymi oczami. Warto znać więc psi język i sposób wyrażania przez psa emocji – na ten temat jest całkiem spora literatura behawiorystyczna1. Trzeba wiedzieć, co oznaczać może kichnięcie, ziewnięcie, kłapanie zębami, odpowiednia pozycja ogona, uszu czy ułożenie karku. Ale również – jak w przypadku ludzi – obserwować mimowolne reakcje organizmu psa na proces terapeutyczy.
Wiele z nich jest bardzo podobnych do reakcji człowieka. Mioklonia (drgnięcie takie jak przed zaśnięciem), głębokie westchnięcia poprzedzające opadania ciała, ziewanie, zapadnięcie w sen, rozpłaszczanie się części ciała – są to reakcje wspólne dla obu gatunków.
Z typowo psich reakcji, nie obserwowanych przeze mnie u ludzi, pojawia się reakcja ssania czy ciamkania (często po holistycznej zmianie, przy pracy w średnim i długim pływie), którą osobiście wiążę z poczuciem bezpieczeństwa psa i powrotem do okresu szczenięctwa. Inną typową reakcję jest czkawka przy pracy z odcinkiem szyjnym kręgosłupa – co prawdopodobnie wiąże się z tym, że tam zaczyna się nerw przeponowy. Jest to dla mnie sygnał, że nerw został „poruszony” (co spowodowało drobne skurcze przepony wywołujące czkawkę), ale też staram się wtedy dać szczególnie dużo przestrzeni. Czkawka zwykle szybko mija.
Pomocny w komunikacji terapeuta – zwierzę bywa fakt, że zwierzęta znacznie częściej niż ludzie zwyczajnie robią to, co chcą: gdy pies czuje, ze nie chce już terapii, po prostu wstaje i odchodzi (czego często człowiek nie zrobi, choćby ze względu na dobre wychowanie). Zdarza się też, że pies „nadstawia” do dotknięcia konkretną część ciała (np. podaje łapę albo kładzie głowę na kolanach, czasami nadstawia również zad aby trzymać rękę nad kością krzyżową).
Jest jeszcze inny sposób komunikacji, który trudno mi opisać naukowo – mam jednak głębokie przekonanie, że istnieje i działa. Ta droga porozumienia w sposób naturalny otwiera się przy rodzaju kontaktu terapeutycznego, jaki stosujemy w terapii cranio-sakralnej. Kiedy pracowałam z Fuego, mówiłam mu w myślach, ze jest bezpieczny, że może odpocząć. Intuicyjnie od razu pojawił mi się obraz suczki karmiącej szczenięta. Scena była oglądana z perspektywy szczenięcia, ssącego mleko, grzejącego się ciepłem ciała matki i rodzeństwa. W trakcie oglądania tej wizji ewidentnie ciało psa się rozpłaszczyło, opadło, nastąpiła holistyczna zmiana. Od razu pojawiła się też reakcja ciamkania i ssania. Zapewne ogromną rolę odegrała tu moja wyobraźnia, jednak nie mogę się oprzeć wrażeniu, że był to rodzaj telepatycznego kontaktu z psem. W trakcie kolejnych sesji pojawiały się i inne obrazy z życia psa – łąka, zapachy, bieg po lesie. Wydaje się, że otwarcie się na komunikację obrazami i pozwolenie wyobraźni na działanie może być ogromną pomocą w terapii zwierzęcia.
2. Negocjowanie relacji i wejście w kontakt
Jednym z największych wyzwań w pracy ze zwierzętami jest samo wejście w kontakt terapeutyczny. Wydaje się, że jest to łatwiejsze w przypadku ewidentnie chorych zwierząt – wtedy często same proszą o pomoc i kontakt. Jeżeli jednak chcemy stosować terapię czaszkowo-krzyżową jako wspomaganie procesu oswajania, socjalizacji psa po traumie, należy zakładać, że będzie on na początku nieufny i bardzo pobudzony, może nie lubić dotyku albo wręcz być wrogi ludziom.
Warto podczas przeprowadzenia wywiadu z właścicielem psa, zapytać również o jego zwyczaje – gdzie pies najchętniej odpoczywa (np. na kanapie, przy kaloryferze; może na własnym legowisku, ale wówczas niekoniecznie będzie chciał dopuścić tam obcą osobę).
Mimo to niewielkie są szanse na to, ze terapeuta po prostu podejdzie i z miejsca rozpocznie terapię. Dodatkowym utrudnieniem jest wspomniany brak kontaktu werbalnego oraz fakt, że i terapeuta w kontakcie z obcym zwierzęciem może czuć strach. Jak więc wynegocjować kontakt ze zwierzęciem?
W moim odczuciu filarem jest tu własne osadzenie się i odnalezienie ciszy w sobie, a także praca z pola serca. We wcześniejszej pracy z końmi doświadczyłam już tego, że zwierzę potrafi wyczuć osobę naprawdę uziemioną, słuchającą z pola serca i po prostu podejść by „wziąć coś dla siebie”.
Wspaniale obrazuje to doświadczenie, przeprowadzone przez dra Rollina McCraty z Heart Math Institute.2 Za pomocą elektrokardiogramu monitorował on rytmy serc swojego syna i jego psa, w różnych sytuacjach. Między innymi wykonał pomiar rytmów ich serc gdy przebywali oddzielnie, a następnie po wejściu chłopca do pokoju, w którym przebywał pies. Chłopiec świadome wzbudził w sobie dobre myśli i uczucie troski i miłości względem swojego psa. Obraz na monitorze jest niesamowity – wejście w pozawerbalną i pozadotykową komunikację i dobre uczucia względem psa spowodowało najpierw zmianę w rytmie serca człowieka, a ta z kolei natychmiast zaskutkowała zmianą rytmu serca zwierzęcia. Pies natychmiast dostroił się do rytmu serca właściciela. Całość odbyła się zupełnie bez słów i bez dotyku.

Pierwsza sesja z moim psem, Fuego, wyglądała dość podobnie. Trwała około kwadrans, z czego ogromną większość czasu wcale go nie dotykałam. Wyczekałam moment, gdy pies znużony nadmierną aktywnością położył się, podeszłam metr od niego i osadziłam się. Wsłuchałam się w swój oddech, poczułam ciężar ciała i to, jak opiera się o podłoże. Poczułam własny niepokój i to, gdzie ów strach się mieści w moim ciele (spotkanie z własnymi emocjami przed sesją jest dla mnie kluczowe). Wyznaczyłam punkty podporu terapeuty, poczułam własną linię środka, płynne ciało, poczułam jak moje ciało rozszerza się i kurczy w rytmicznym impulsie czaszkowym. Czułam własny średni pływ. Patrzyłam na psa z miłością. Dopiero po dłuższym czasie, wciąż nie dotykając psa, spróbowałam poczuć jego płynne ciało i nawiązać z nim kontakt na tym poziomie.
Pies zaczął wzdychać (sic!) i wypuszczać z siebie napięcie. Powoli jego ciało – takie przynajmniej miałam wrażenie – zaczęło się rozluźniać, burczało mu w brzuchu, aż wreszcie, pierwszy raz odkąd się poznaliśmy, pies przewrócił się na plecy i odsłonił brzuch. Zaufał mi! Do dziś myślę o tej chwili jako o przełomie w naszej relacji. Dopiero wtedy pozwoliłam sobie na delikatny dotyk – ale to były ostatnie 2 minuty sesji.
Inny pies – Sońka, młoda suczka z psią padaczką, bardzo nerwowa, wyrzucona przez poprzednich właścicieli z samochodu – przez pierwszą godzinną sesję biegała po pokoju, podczas gdy ja siedziałam uziemiona na podłodze. Gdy podchodziła na chwilę, udało mi się parę razy poczuć rytm jej pływu, jednak większość czasu po prostu byłam otwarta na kontakt z nią i czułam siebie. Mimo że sesja pozornie wcale się nie odbyła, na koniec pies był widocznie spokojniejszy.
3. Rytmy
Mimo oczywistych różnic, pod wieloma względami psia fizjologia przypomina tę ludzką. Pies ma bardzo podobnie zbudowane serce i płuca, lecz funkcjonują one w innych rytmach. Zazwyczaj są szybsze niż u człowieka (co wiążę również z długością psiego życia). Psie serce bije przeciętnie szybciej niż człowieka (tętno może wynosić od 60 do nawet 180 uderzeń na minutę, w zależności od wielkości psa i jego wieku; gdy serce dorosłego człowieka wykonuje około 70 uderzeń na minutę, a dziecka około 100). Oddech psa również ma różną długość w zależności od wielkości zwierzaka. Waha się między 10 a 30 oddechami na minutę (śpiący Fuego oddycha około 14-15 razy na minutę, czyli podobnie jak dorosły człowiek).
Chciałam więc sprawdzić, jaka jest częstotliwość krótkiego i średniego pływu u psa. Wydaje się, że rytmiczny impuls czaszkowy jest nieco krótszy niż u człowieka (wdech i wydech trwają łącznie około 4 -5 sekund). Co ciekawe, nie zauważyłam większej różnicy w długości wdechu i wydechu na poziomie średniego pływu – zarówno u dużego psa jak Fuego, jak i u maleńkiej Zeldy, jest to około 2,5 cyklu na minutę (24 s. jeden cykl). Zaskoczyło mnie to, bo o ile wiedziałam, że długi pływ nie jest osobniczy i niezależnie od osoby, będzie to 100 sekund, o tyle spodziewałam się u psa krótszego średniego pływu.
4. Chwyty
Rozpoczęłam pracę ze zwierzętami, korzystając z podstawowych chwytów znanych mi z pracy z ludźmi, intuicyjnie dostosowując ułożenie dłoni i własną pozycję ciała. W rozwinięciu tych chwytów bardzo przydana była praca Weroniki Kanik, Jacka Augustyna i Barbary Tombarkiewicz o przystosowaniu rodzajów trzymania terapeutycznego do pracy z końmi.3 Jest to godne polecenia kompendium, uwzględniające specyfikę budowy czworonogów. Wydaje się, że choć opis dotyczy terapii koni, w dużej mierze znajduje zastosowanie także dla psów. Nie znalazłam żadnego opracowania dotyczącego stricte sposobu pracy z psami – choć praktyka ta staje się coraz bardziej popularna wśród psich terapeutów.
To, co jest specyficzne dla pracy z psami, to bardzo duże zróżnicowanie wielkości i kształtu czaszki w zależności od rasy.4 Powoduje to konieczność dostosowywania układu rąk za każdym razem do czaszki konkretnego egzemplarza – nie można opierać się o standardowe chwyty.

Przy dużej, podłużnej czaszce Fuego (dolichocefalicznej) mogłam układać dłonie zgodnie z metodyką wypracowaną dla koni (patrz: przypis 3), jednak w przypadku miniaturowej Zeldy o krótkim pyszczku cała jej główka mieściła się w mojej dłoni. O ile pięknie czuje się wówczas całe płynne pole głowy, o tyle wyczucie poszczególnych szwów czy kości czaszki jest bardzo trudne, wymaga precyzyjnej pracy pojedynczymi palcami.
Najczęściej stosowane przeze mnie chwyty w pracy z psami:



Jak pokazano powyżej, terapia czaszkowo-krzyżowa w przypadku zwierząt ma swoją specyfikę i pewne utrudnienia. Należy uporać się z brakiem komunikacji werbalnej i np. otworzyć się na komunikację obrazami, poznać podstawy porozumiewania się danego gatunku, wykazywać się jeszcze większą cierpliwością i uważnością. Należy też dostosować chwyty i pozycję ciała do pracy z czworonogiem.
Mimo to, istota terapii pozostaje ta sama i świetnie się sprawdza w pracy ze zwierzętami. I tutaj najważniejsze jest uziemienie terapeuty, jego neutralna postawa i poszerzona uwaga, wsłuchiwanie się w rytm płynów i tkanek, szukanie przejawów mocy, przestrzeni, miękkości, dynamiczne podążanie za aktualnymi potrzebami ciała pacjenta. W taki sam sposób można odczuć rytmiczny impuls czaszkowy (nieco krótszy), średni i długi pływ, pojawiają się zaciszenia, ciało reorganizuje się względem linii środka, zaobserwować można trzystopniowy proces Beckera. Wydaje się, że u psów zachodzi on szybciej (tak jak szybciej pojawia się holistyczna zmiana i opadnięcie, krócej trwa też cała sesja).
Szczególnie znaczące jest, że układ limbiczny – część mózgu odpowiadająca za pierwotne emocje strachu, gniewu, radości czy smutku – u psów i u człowieka jest podobnej wielkości, a pojawianie się negatywnych emocji wiąże się u nich ze stymulacją ciała migdałowatego. Długotrwały lęk może być spowodowany zaburzeniami przepływu informacji między ciałem migdałowatym a korą przedczołową5 Można więc zakładać, że praca z komorami mózgu i układem limbicznym przynosi podobne efekty u psów, jak w przypadku pracy z ludźmi.
Pomimo braku wielu publikacji na ten temat, na stronach zwierzęcych osteopatów i terapeutów można odnaleźć opisy przypadków, gdy po paru sesjach pies z chronicznymi bólami poamputacyjnymi pozbył się 75% objawów6, pies z artretyzmem zaczął biegać7 lub też odnalazł ukojenie w ostatnich dniach życia.8 Poniżej spróbuję pokazać, jak terapia ta pomaga w procesie poadopcyjnego oswajania straumatyzowanych psów.
III Wpływ terapii na proces oswajania i wychowywania psa z traumami na przykładzie Zeldy i Fuego
Zelda, 6 miesięcy
Historia
Urodziła się jako ostatnia z miotu, kilkukrotnie mniejsza od rodzeństwa, długo ślepa. Pozostałe szczenięta nie dopuszczały jej do mleka matki, która również bardzo szybko zaczęła ją od siebie odganiać. Wydawało się, że szczenię nie ma szans na przeżycie. Marta, obecna opiekunka, wzięła ją i odkarmiła mlekiem z butelki.
Mimo świetnej opieki i ogromnego rozwoju, Zelda nadal ma traumę związaną z walką o jedzenie. Długo wcale nie chciała jeść, obecnie warczy na osoby (także właścicielkę) przebywające w tym samym pomieszczeniu, w którym w danym momencie spożywa posiłek.
Dodatkowo cierpi na delikatne zaburzenia propriocepcji, które w wieku 6 miesięcy nie powinny już występować (śmiesznie chodzi, tylna część ciała jakby „nie nadąża” za przednią”, czasami ma kłopoty z równowagą). Nie wykazano w badaniach weterynaryjnych przyczyny tego stanu rzeczy.
Dziennik sesji
1. Pierwsza mini-sesja odbyła się 3 dni po jej odebraniu przez nową właścicielkę, w 3 tygodniu życia. Była jeszcze ślepa, uratowana przed śmiercią głodową po odrzuceniu przez matkę i rodzeństwo. Piesek cały się trząsł.
Trzymałam całe jej ciałko w 1 dłoni, a drugą miałam nad nią. Słuchałam ruchu płynów i tkanek w średnim pływie. Uwagę miałam skierowaną na cały organizm pieska, z intencją dawania obecności i bezpieczeństwa. Najpierw pływ był ledwie wyczuwalny, potem pole się poszerzyło, ciało uspokoiło, ustąpiło trzęsienie się. Szczenię uspokoiło się i zasnęło.
Sesja trwała króciutko – około 10 minut, Kolejne sesje nastąpiły po 5 miesiącach, gdy Zelda miała około pół roku, w odstępach tygodniowych.
2. Pierwsze 10 minut poświęciłam na zabawę z psem, następnie głębokie uziemienie się, poczucie własnego ciała płynnego i rytuały kontaktu (znacznie dłużej niż w przypadku ludzi). Gdy do mnie podeszła na dłużej, wzięłam ja na kolana i położyłam dłoń na kości krzyżowej i potylicy. Przy kości krzyżowej od razu poczułam jej ruch, najpierw w krótkim, następnie średnim pływie. Natomiast długo trwało, zanim poczułam cokolwiek przy głowie. Zelda schowała łepek pod moja pachę – wyraźnie nie chciała, by trzymać ją za głowę. W związku z tym przeniosłam drugą dłoń na odcinek lędźwiowy kręgosłupa. Po pewnym czasie ciało się uspokoiło i zaczęło poszerzać. Po chwili nastąpiło zaciszenie na wdechu. W tym czasie suczka zasnęła i potem spała już przez większą część sesji. Gdy ponownie zaczął się ruch, Zelda wyciągnęła łeb z ukrycia i dopiero wtedy mogłam posłuchać, co dzieje się w główce. Ewidentnie prawa strona bardziej się rozszerzała, lewa robiła wrażenie o połowę mniejszej. Wrażenie to utrzymywało się zarówno w chwycie potylicznym jak i sklepieniowym. Mimo poszerzenia się pola i mocno wyczuwalnego zmiękczenia tkanek, asymetria nie ustała.
Zakończyłam podobnie jak zaczęłam – z jedną dłonią na potylicy, drugą na kości krzyżowej, 8 Kate Mackinnon „From My Hands and Heart” aby zintegrować doświadczenia. Zelda przez chwilę nie mogła się dobudzić, ewidentnie chciała kontynuacji terapii.
Po terapii była bardzo żywa i chętna do zabawy. Problem z warczeniem na osoby będące w pobliżu jej jedzenia nie minął, wręcz jakby się nasilił – z większą energią i głośniej broniła swojego pożywienia.
3. Zelda bardzo chętnie przybiegła na kolejna terapię. Po uziemieniu się i rytuałach kontaktu, rozpoczęłam słuchanie kości krzyżowej. Bardzo ładnie było czuć ten ruch, najpierw dość szybki i „chaotyczny”, powoli się uspokajał. Wsłuchałam się w całe ciało i pociągnęło mnie do pracy z gardłem. Jedną rękę ułożyłam na stawie szczytowo – potylicznym, a drugą z przodu na piersi psa. Zelda dostała czkawki, ale po paru sekundach minęła i ciało się rozluźniło. Przeszłam do szczęki i żuchwy. Poczułam jak rusza się w średnim pływie, bardzo szybko żuchwa drgnęła (jakby coś przeskoczyło), wydłużyła się i opadła, Zelda zasnęła.
Przeszłam do chwytu krzyżowo- potylicznego, słuchając teraz rdzenia płynnego w całym ciele. Miałam dziwne uczucie, że w ciele psa jest „przerwa”, tak jakby tylna część ciała nie kontaktowała się z przednią, jakby przepływ płynów był przerwany a w połowie rdzenia płynnego była „dziura” (wiem, ze to niemożliwe, ale takie było nieodparte wrażenie).
Korelowało w pewnym sensie z zaburzeniami propriocepcji, o których dowiedziałam się później.
Po paru sekundach pojawił się długi pływ, a Zelda zaczęła ciamkać. W długim pływie przebywałyśmy długo, do końca sesji. Zelda spała.
4. Jak zawsze Zelda przybiegła bardzo radośnie na terapię i wręcz „pchała się” mi na kolana, układając łeb do dotyku. Po uziemieniu się i negocjowaniu kontaktu suczka rozpłaszczyła się na mnie z główką na moim ramieniu, od razu zaczęło jej burczeć w brzuchu. Zaczęłam od słuchania przepływu płynu rdzeniowo-mózgowego z dłońmi na kości krzyżowej i potylicy. Tym razem ruch wydał się dość płynny i nie było już tego wyraźnego „przerwania” ciągłości między przednią a tylnią częścią ciała. Wschłuchałam się w średni pływ i objęłam uwagą całą suczkę, pole pięknie się poszerzało. Pojawił się obraz maleńkiego, jeszcze ślepego szczeniątka wtulonego w futro matki.
Pociągnęło mnie od razu do pracy z głową. Słuchałam najpierw całej głowy z dłonią na potylicy i kościach ciemieniowych. Pole głowy na początku małe, zaczęło się poszerzać, nadal czuć było dysproporcję między prawą a lewą półkulą (którą notowałam od pierwszej sesji i która widać też gołym okiem, jak się przyjrzałam dokładniej z bliska jej główce i pyszczkowi). Przeszłam do kości klinowej – układając po 2 palce każdej dłoni po obu stronach główki, pomiędzy uchem a okiem. Czuć było ruch kości klinowej lekko po skosie, potem czułam jakgdyby robiła ona ósemki, zaczęło się ważenie stron, aż ruch się uspokoił i stał bardziej płynny. Odczucie asymetrii nadal było, ale mniej rzucające się w oczy – dominowało uczucie płynności.
Następnie pracowałam chwilę z pyskiem i stawem skroniowo-żuchwowym – ładnie było czuć wydłużanie się pyszczka w przód i cofanie. Pole głowy znów się poszerzyło.
Na koniec posłuchałam jeszcze raz całego pola głowy od potylicy, po chwili pies podniósł się i odszedł (w tym samym czasie poczułam, że proces już się zakończył).
Efekty
Główny problem, z jakim zwróciła się do mnie właścicielka Zeldy, nie minął po powyższych sesjach. Nadal piesek warczy na właścicielkę i inne osoby, kiedy zbliżają się do niej w czasie, gdy je. Co więcej – podobno warczy i szczeka teraz głośniej (co moim zdaniem ma związek z rozluźnieniem gardła i narządów dźwięku podczas sesji nr 3).
Trauma związana z głodowaniem w pierwszych tygodniach życia i odtrąceniem od matki nie rozwiązała się dotąd. Natomiast po dłuższej rozmowie na ten temat wydaje się, że właścicielka może nieco wzmacniać zachowanie – poradziłam kontakt z behawiorystą i zmianę zachowania podczas tych incydentów (nie karcić jej i nie zabierać jedzenia, gdyż wzmacnia to poczucie zagrożenia i słuszności reakcji obronnej).
Natomiast wydaje się, że lekko poprawiła się postawa pieska i koordynacja ruchowa (mniej jej się plączą nogi i widać większą płynność ruchu), choć ciężko mieć pewność, że jest to stricte wynikiem sesji. To, co jest 100% pewne, to że Zelda sesje bardzo lubi i jest po nich odprężona.
Fuego, około 2 lat
Historia
Pies został odnaleziony na skraju leśnej szosy, warujący przy ulicy na granicy śmierci głodowej. Prawdopodobnie wyrzucony z samochodu przez poprzednich opiekunów, czekał uparcie, aż wrócą i zabiorą go do domu. Potem spędził parę miesięcy w 2 schroniskach. Ogólny stan zdrowia dobry. Po adopcji miał nerwicową biegunkę. Początkowo natrętnie i odruchowo kłapał szczęką (co obecnie prawie się nie zdarza, jedynie gdy coś go zdenerwuje), ziewał bez przerwy i był bardzo nadpobudliwy. Na spacerach warczał na wszystkie napotkane psy. Miał też problem separacyjny – nie był w stanie zostawać sam w domu – szczekał, piszczał i rozszarpywał poduszki czy materace.
Sesje
O ile sesje Zeldy notowałam na bieżąco, o tyle z Fuego pracowałam jeszcze zanim powstał pomysł napisania tej pracy – opieram się o luźne zapiski i częściowo odtwarzam z pamięci przebieg sesji. Zapisy będą więc nieco mniej szczegółowe i nie opiszę wszystkich sesji, które przeprowadziłam, a jedynie wybrane.
1. Pierwszą sesję opisywałam w skrócie w rozdziale o negocjowaniu relacji i wejściu w kontakt terapeutyczny, nie będę więc jej tu powtarzać.
2. Drugą sesję zaczęłam od przednich łap, wyczuwając przepływ energii w ciele. Ciekawe było doświadczenie, jak ta energia „zakręca”, czyli idzie z przednich łap w górę i w tył wzdłuż tułowia, po czym wraca. Uwagę skierowałam na całe ciało płynne. Po kilku chwilach ciało zaczęło się rozluźniać, pies zaczął wzdychać, burczało mu ciągle w brzuchu.
W końcu, po głębokim westchnięciu, opadło. Przeszłam do chwytu krzyżowo potylicznego. Słuchałam życia i potencji w ruchu płynnego rdzenia. Pojawiło się parę zaciszeń, w tym jedno bardzo długie. Pojawiła się wizja szczeniaka ssącego mleko od swojej mamy, wtulonego w nią i inne szczeniaki (która opisałam wyżej). Pies mlaskał językiem. Pole się poszerzyło, pojawiło się poczucie spokoju i siły. Zakończyłam sesję.
3. Kolejna sesja nastąpiła po zranieniu się psa. Był bardzo przygaszony i biedny, leżał na swoim posłaniu, gdy podeszłam, położył mi łeb na kolanach. Sesję zaczęłam więc od potylicy, próbując jednak wsłuchać się w całe ciało płynne, bez koncentrowania się na głowie. Ciało zareagowało bardzo szybko, rozluźniając się i opadając. Nastąpiło ważenie się stron głowy i zaciszenie. Po pewnym czasie pojawił się długi pływ. Pojawiła się rozmyta wizja biegu przez łąki i zapachów docierających zewsząd, od każdej trawy, zioła, zapach wilgotnej ziemi. Pies sam zakończył sesję po kilkunastu miniutach, zabierając łeb i odchodząc spać kawałek dalej. Na drugi dzień był w o wiele lepszej formie – postawa ciała się poprawiła, miał bardziej wyprostowaną szyję i wróciła mu energia.
Efekty
Pierwszym efektem, jaki zauważałam, była decyzja psa o zaufaniu, na pewno wzrosło jego poczucie bezpieczeństwa – pies „odpuścił”, zaczął odsłaniać brzuch. Po paru pierwszych sesjach Fuego dużo rzadziej ziewał (jest to jeden ze sposobów rozładowywania stresu przez psa), ustało też notoryczne kłapanie zębami (zdarza mu się to czasami, raz na kilka dni, gdy się zdenerwuje). Po sesji po zranieniu (gdy był „jak zbity pies”) w sposób wyraźny poprawiła się też postawa ciała (wyprostował się, podniósł łeb) i nabrał nieco energii.
Natomiast nadmierne pobudzenie, nad-aktywność zmniejszyła się dużo później, po paru miesiącach – pies ewidentnie potrzebował na to czasu. Lęk separacyjny minął dopiero po około pół roku, po długim stosowaniu rytuałów wyjść wspólnych i nie-wspólnych. Nie wiążę tego bezpośrednio z terapią czaszkowo-krzyżową.
Wnioski
Wnioski z przeprowadzonych terapii trudno nazwać naukowymi, gdyż próba statystyczna jest bardzo mała. Ciężko jest również ściśle określić, jak duży udział w obserwowanych zmianach miała terapia czaszkowo-krzyżowa, a jaki – codzienne budowanie relacji z psem, praca z behawiorystą czy zwyczajny upływ czasu i przyzwyczajenie się psa do nowych warunków oraz właściciela. Jednakże, zastrzegając powyższe, pokuszę się o wnioski na podstawie tych subiektywnych obserwacji.
Terapia czaszkowo-krzyżowa uspokaja układ nerwowy psa, co jest ogromną pomocą w budowaniu relacji z opiekunem (trudno budować relację, gdy pies jest ciągle w strachu czy agresji). Wzmacnia poczucie bezpieczeństwa zwierzęcia (co pokazała pierwsza sesja Fuego, który pierwszy raz odsłonił brzuch, oraz Zeldy, która przestała się trząść i zasnęła). Mam silne wewnętrzne przekonanie, że jest to nie tylko efekt wyciszenia się układu nerwowego, ale także poczucie bycia usłyszanym i zaakceptowanym. To poczucie bezpieczeństwa wyraża się mocno w odruchu ssania/ciamkania, ale także przejawia się w obrazach ze szczenięcego okresu życia psa (co ciekawe – długo nie pojawiały się one w przypadku Zeldy, która została niemal od początku odrzucona przez matkę).
Ustanie nerwowych zachowań psa pomaga w dużej mierze również opiekunowi, któremu łatwiej jest zachować spokój, który z kolei na zasadzie sprzężenia zwrotnego udziela się psu. Koło nakręca się więc w dobra stronę.
Więź z właścicielem wzmacnia się także, gdy pies otrzymuje sesję w momencie np. zatrucia czy zranienia. Zaopiekowanie się nim, odpoczynek i zwiększenie przejawu mocy w organizmie wywołuje zwyczajną wdzięczność w psie. Można więc popatrzeć na terapię jako jeden z przejawów miłości do zwierzęcia, która jest podstawą budowania relacji i polepszania koegzystencji psa i człowieka.
Nie bez znaczenia jest także poprawa koordynacji ruchowej czy ogólnego samopoczucia psa – im lepiej i pewniej pies czuje się w swoim ciele, tym mniej spięty będzie w relacji z otoczeniem.
Jestem również przekonana, że prac ta pozwala rozpuścić psie traumy, tak jak się to dzieje z ludźmi. W przypadku Zeldy nie udało się to jak dotąd, wydaje się, że system nie był na to gotowy – będę obserwować dalszą prace z nią.
Reasumując – terapia czaszkowo-krzyżowa mocno wspomaga proces oswajania i zadomowiania straumatyzowanego psa. Oczywiście nie zastąpi pracy z behawiorystą, rutyny, znajomości psich zwyczajów ani długich spacerów. Może jednak, dzięki wyciszeniu układu nerwowego psa i zwiększeniu jego poczucia bezpieczeństwa, znacząco ułatwić ten proces.
Bogumiła Kaźmierczak
1 Np. John Bradshaw „Zrozumieć psa”, Karen Pryor „Najpierw wytresuj kurczaka”, Pamela Dennison „Pozytywne
szkolenie psów dla żółtodziobów”, kanał „Co mówi pies” Ireneusza Czerniejewskiego i Alicji Milewskiej.
2 https://www.heartmath.org/
3 Adapting craniosacral therapy to treat horses, Weronika Kanik, Jacek Augustyn, Barbara Tombarkiewicz, January
2017, Acta Veterinaria Brno 86.
https://www.researchgate.net/publication/315880416_Adapting_craniosacral_therapy_to_treat_horses
4 https://animalwellnessmagazine.com/craniosacral-therapy-dogs/
5 https://www.vetpol.org.pl/dmdocuments/ZW-09-2016-02.pdf
6 https://animalwellnessmagazine.com/cranial-sacral-therapy/
7 https://www.janegatanis.com/testimonials