Narzędzia uwalniania traumy w terapii czaszkowo – krzyżowej z punktu widzenia terapeuty i klienta - Europejskie Centrum Terapii

Iwona Śmiałkowska

SPIS TREŚCI

Wstęp
Definicja traumy
Narzędzia uwalniania traumy w terapii czaszkowo – krzyżowej
Studium przypadku
Podsumowanie

WSTĘP

„Traumę leczy się w ciele, nie w umyśle” Peter Levine

W swoim życiu z traumą spotkał się każdy z nas. Jest to nieuniknione, ponieważ nie żyjemy w próżni i reagujemy na poziomie ciała i duszy na to, co dzieje się w naszym otoczeniu. Istnieje dużo podejść, w jaki sposób możemy uwolnić traumę, zaczynając od różnych nurtów psychoterapii, na leczeniu farmakologicznym kończąc.  Najskuteczniejsze metody to te, które włączają pracę z ciałem w proces uwalniania traumy. Z tego powodu terapia czaszkowo – krzyżowa jest tutaj bardzo pomocna, ponieważ podczas sesji pracujemy z ciałem a „odczucia z ciała, a nie intensywne emocje są kluczem do uzdrowienia traumy”

W niniejszej pracy przyjrzę się zagadnieniu traumy i jak można wspomóc jej uwalnianie za pomocą terapii czaszkowo – krzyżowej. Przedstawię narzędzia, jakie są do dyspozycji terapeuty i następnie odniosę je do własnych doświadczeń z praktyki, jako terapeuta i jako pacjent terapii czaszkowo – krzyżowej. Moja ocena bazuje wyłącznie na moich obserwacjach i może zdarzyć się, że u innych osób podczas terapii, inne narzędzia okażą się bardziej skuteczne.

W trakcie pisania tej pracy korzystałam z książek Petera Levina o traumie oraz z książki Michaela Kerna „Mądrość ciała”

DEFINICJA TRAUMY

Trauma, to w najprostszym, potocznym rozumieniu, każde doświadczenie, które nas przerasta. Może to być nagłe zdarzenie, takie jak wypadek samochodowy, klęski żywiołowe, czy śmierć bliskiej osoby.  Wszelkie doświadczenia związane z naszym ciałem, np. urazy, pobicia, molestowanie, ale też planowane operacje lub inne interwencje chirurgiczne, mogą przyczyniać się do powstawania traumy. Również wszystko to, co wywołuje u nas reakcje emocjonalne, w szczególności nadużycia emocjonalne ze strony osób trzecich. Punktem zapalnym może być również wydarzenia, które chcemy, żeby się wydarzyły, a z różnych powodów nie miały miejsca.

W psychologii i psychiatrii traumę zawęża  się do „sytuacji związanej z zagrożeniem życia, poważnym urazem lub przemocą seksualną w stosunku do danej osoby albo do bycia świadkiem tego typu wydarzeń u innych.”

Do mnie bardzo przemawia definicja Petera Levina, który mówi, że „trauma jest częścią naturalnego fizjologicznego procesu, któremu nie pozwolono się zakończyć.” Daje ona nadzieję, że uwolnienie traumy, jest w zasięgu każdego człowieka i nie wymaga długoletnich terapii, przeżywania i analizowania tego samego na okrągło. Pozwala zostawić przeszłość za sobą.

Na traumatyczne wydarzenie możemy zareagować na trzy sposoby. Może zostać uruchomiony współczulny układ nerwowy – wtedy reakcją będzie mobilizacja w postaci albo walki albo ucieczki. Nie wybieramy tej reakcji świadomie, zawiaduje nimi mózg gadzi i układ limbiczny. Jeżeli te dwie możliwości nie przyczynią się do naszego przetrwania, wtedy to akcji wkracza układ przywspółczulny i powoduje reakcję zamarcia.

Według Petera Levina istnieją cztery podstawowe oznaki traumy (w różnym nasileniu oraz pod pewnymi warunkami): wysoki poziom pobudzenia, ściśnięcie, dysocjacja i bezradność powiązana z zamarciem (zastygnięciem). Reakcje te mogą też występować w sytuacji stresu. Jednak gdy zaczynają być chroniczne na pewno świadczą o traumie.

Wysoki poziom pobudzenia charakteryzuje się przyspieszoną akcją serca, przyspieszonym oddechem, drżeniem mięśni, trudnościami w zasypianiu czy stanami lękowymi. Nie podlega naszej woli. Świadczy o tym, że ciało zbiera siły, by stawić czoła potencjalnemu niebezpieczeństwu.

Ściśnięcie towarzyszy wysokiemu poziomu pobudzenia. Naczynia krwionośne w skórze, kończynach i trzewiach kurczą się, by więcej krwi dopływało do mięśni i by były one gotowe do obrony. Zawęża się również percepcja. Organizm koncentruje się wyłącznie na wykonaniu zadania, czyli uniknięciu zagrożenie. Jeżeli wysoki stopień pobudzenia i ściśnięcie nie są wystarczające wtedy system sięga po dysocjację i zamarcie.

Dysocjacja to wg Michaela Kerna „ rozdzielenie lub rozszczepienie naszej świadomości od sytuacji, tak więc, jeżeli doznamy jakiegoś uszkodzenia, nasze doświadczenie bólu zostanie zminimalizowane”. Jesteśmy poza ciałem, nie mamy z nim kontaktu.  Jesteśmy jakby obserwatorem zaistniałej sytuacji z boku, jest to dla naszego organizmu jedyna reakcja, bo inaczej mogli byśmy nie przeżyć tego, co doświadczamy.

Bezradność (zamarcie) to stan, gdy nie ma ucieczki, jesteśmy jakby sparaliżowani, jakby „pedał gazu i hamulec był wciśnięty jednocześnie”. Organizm mobilizuje energię, która jednak nie może zostać rozładowana. Tej energii jest tak dużo, że system nie może tego wytrzymać i włącza hamulec powodujący unieruchomienie. Organizm wchodzi w stan zaciszenia, następuje ustanie impulsu rytmu czaszkowego, a w bardziej poważnych przypadkach średniego pływu.

NARZĘDZIA UWALNIANIA TRAUMY W TERAPII CZASZKOWO – KRZYŻOWEJ

Tworzenie bezpiecznej przestrzeni  i obecność terapeutyczna

Jest to podstawa. Bez bezpiecznej przestrzeni i terapeuty, który jest „tu i teraz” nie dostaniemy dostępu do systemu klienta. Klient może sobie racjonalnie nie uświadamiać, że w takiej przestrzeni się znajduje, natomiast jego organizm natychmiast poczuje, kiedy bezpieczeństwa nie będzie. Dlatego od momentu pierwszego kontaktu należy budować wzajemną relację i zaufanie. Można zacząć od rozmowy przed sesją z uważnym słuchaniem oraz  stworzyć  komfortowe warunki zewnętrzne (np. zadbać o to, by klientowi było ciepło i wygodnie na stole).

By stworzyć i utrzymać podczas sesji bezpieczną przestrzeń należy także zadbać o siebie. Pacjent rezonuje z tym, jak my się czujemy, więc  już podczas właściwej sesji trzeba być dobrze osadzonym (punkty podporu terapeuty), zachować neutralność i ciekawość, ale bez wciągania się nadmiernie w system pacjenta. Jeżeli tak się dzieje, trzeba się wycofać.  Trzeba zadbać również o swój komfort fizyczny (musi być nam wygodnie i trzeba być rozluźnionym).

I do tego, tylko i aż bycie obecnym. Wysoka jakość obecności terapeuty jest bardzo ważna. Należy być skoncentrowanym na kliencie, ale pełna uwaga terapeuty nie może go przytłaczać. Trzeba mieć odwagę i pewność siebie wejścia w nieznany świat systemu klienta. Jednocześnie należy mieć w sobie tyle pokory, by być otwartym na to, co się wydarzy. Bez oczekiwań,  bez oceny tego co się dzieje i nawet bez potrzeby wytłumaczenia sobie, dlaczego tak się dzieje.  Należy odpuścić i dać się prowadzić temu, co się wydarza.   

Podczas uwalniania traumy dochodzi często do bardzo ekstremalnych reakcji ze strony klienta. Terapeuta nie może brać odczuć pacjenta do siebie, by proces mógł postępować, należy pozostać neutralnym. Terapeuta jest tylko gościem i obserwatorem. Nie można dać się wciągnąć w emocjonalne reakcje, na to co czuje klient np. współczucie, żal czy identyfikowanie się.

Spowolnienie

Podczas traumatycznego wydarzenia zadziało się za dużo i za szybko.  Dlatego uzdrawianiu traumy może towarzyszyć nadmierne pobudzenie. I to zarówno w systemie wewnętrznym klienta, jak i w jego reakcjach. W ciele terapeuta może czuć chaos – np. nieregularne  wiry, o różnych kierunkach i różnej mocy. Klient może mieć skurcze, drgawki, mrowienia, mogą pojawiać się silne reakcje emocjonalne, takie jak płacz a nawet szloch, nie do powstrzymania śmiech, wściekłość czy rozpacz. Klientowi może być bardzo zimno, lub wręcz przeciwnie bardzo gorąco.

W takiej sytuacji pomocne może być zaproszenie systemu do spowolnienia i dawanie klientowi więcej przestrzeni. Ważne jest sprawdzenie własnego osadzenia i punktów podporu oraz poszerzanie i powiększanie pola percepcji. Trauma jest wszechogarniającym przeżyciem i wydaje się być ogromna. Spowolnienie może pomóc przerobić traumę krok po kroku. Jest to o wiele bardziej skuteczne podejście, niż jak piszę Peter Levine „bezustanne poszukiwanie i odzyskiwanie traumatycznych wspomnień, które może często przeszkadzać wewnętrznej mądrości ciała i jego zdolności samo uzdrawiania.” Intensywny powrót do traumatycznych przeżyć, może spowodować odwrotny efekt i doprowadzić do retraumatyzacji.

Spowolnieniu służy również odwołanie się do własnego oddechu a później nakierowanie klienta na jego własnych oddech. Można również oddychać razem z klientem, co może mu pomóc w powrocie do teraźniejszości.

 Wahadłowanie

Jest to metoda polegająca na kilkakrotnym przenoszeniu uwagi z punktu komfortu do punktu dyskomfortu. Najpierw prosimy klienta, by znalazł w ciele miejsce, które czuje się przyjemnie lub wygodnie. Czasami jest to niemożliwe (bo np. klient ma poczucie, że wszystko go boli, albo z uwagi na stan emocjonalny, nie może skoncentrować się na doznaniach pozytywnych). Wtedy mówimy klientowi, by znalazł miejsce, które jest w miarę neutralne. Ważne jest, by takie miejsce zostało odnalezione, ponieważ będzie one punktem odniesienia do strefy dyskomfortu. Znalezienie miejsca dyskomfortu zwykle przysparza o wiele miej problemów niż miejsca komfortu. Po identyfikacji obu tych punktów, najpierw klient koncentruje się na miejscu komfortu – prosimy, by opisał, jak się tam czuje, jakie doznania towarzyszą mu, gdy o tym miejscu myśli, jakie uczucia przychodzą do głowy, jakie to miejsce ma kształt, kolor, gęstość. Następnie, prosimy, by klient przeniósł swoją uwagę na miejsce dyskomfortu. I podobnie, jak miało miejsce z polem komfortu, opisał wszystkie doznania z tego miejsca.

Warto, w przypadku obu miejsc, powtórzyć za klientem najważniejsze części opisu. W ten sposób, po pierwsze informacja trafia do systemu i układu nerwowego klienta, a po drugie, klient ma poczucie, że jest wysłuchany. Ważne, by w tym opisie nic nie zmieniać, ani nie dodawać od siebie, bo można, często w sposób nieświadomy, uzupełnić wypowiedź klienta, o element oceniający (negatywny lub pozytywny). Może to spowodować, że klient zamiast skupić się na swoim ciele, przekieruje swoją uwagę na analizę naszej wypowiedzi. W przypadku osoby z silnym wewnętrznym krytykiem, może to całkowicie wytrącić taką osobę z koncentracji.

Po opisaniu strefy dyskomfortu, prosimy klienta, by przeniósł jakość miejsca komfortu w miejsce dyskomfortu. Spróbował poczuć, co by było gdyby w polu dyskomfortu poczuł pozytywne cechy komfortu. Takie przenoszenie uwagi z jednego miejsca do drugiego powtarzamy parę razy. Powinno się dłużej przebywać w miejscu komfortu, by negatywne odczucia nie zawładnęły klientem. Ważne jest również to, by nic nie robić na siłę. Jeżeli klient nie widzi zmian, to nie można ich wymuszać. W tej metodzie, zarówno terapeuta, jak i klient są obserwatorami. Zauważmy zmiany, a jeżeli ich nie ma, to po prostu zauważmy, że zmian nie ma. Kiedy system klienta będzie gotowy, zmiany nastąpią.

W trakcie całego procesu wahadłowania pozostajemy w kontakcie werbalnym z klientem, oferując mu swoją obecność i dając przestrzeń.

Ta metoda jest bardziej skuteczna u klientów, którzy mają kontakt ze swoim ciałem i potrafią opisać doznania z ciała. Również w przypadku klientów z dysocjacją, warto spróbować połączyć taką osobę z powrotem ze swoim ciałem – krok po kroku, zaczynając od drobiazgów.  

Odwołanie się do zasobów

Zasoby to wszystko to, co sprawia, że czujemy się lepiej, jesteśmy bardziej radośni, spokojni i szczęśliwi. Jeśli jesteśmy dobrze skomunikowani ze swoimi zasobami, to wtedy lepiej radzimy sobie ze stresem i trudnymi momentami w życiu, szybciej adaptujemy się do zmian, łatwiej podejmujemy wyzwania, łatwiej przychodzi nam czuć się dobrze. Zasobami zewnętrznymi może być: rodzina, ktoś, kto mnie wspiera, zwierzęta domowe, przyjaciele (system zaangażowania społecznego), natura (spacery w lesie), uprawianie hobby, dbanie o swój komfort, sztuka, grupy wsparcia, grupy wyznaniowe. Zasoby wewnętrzne to np.  religia, system przekonań, dobry kontakt z własnym ciałem, śmiech.

Ważne jest, by przez sesją określić z klientem, co jest jego zasobem (wew. – miejsce w ciele, w którym czuje się dobrze; i lub zewnętrznym np. wspomnienie szczęśliwego momentu w życiu). Podczas sesji, gdy nastąpi np. ból, uczucie dyskomfortu lub uwalnianie traumy – możemy kierować pacjenta na jego zasoby, by wzmocnić poczucie bezpieczeństwa.

Im więcej ma klient ma zasobów, tym lepiej radzi sobie w sytuacji stresowej i traumatycznej. Dlatego ważne jest, by regularnie pracować nad ich wzmacnianiem. W życiu codziennym  rola wzmacniania zasobów leży przede wszystkim po stronie klienta. Terapeuta może jedynie podpowiedzieć, co zrobić, by je wzmocnić lub w ogóle odnaleźć . Jedną z metod jest częściej robić coś, co sprawia przyjemność (więcej kontaktu z naturą, więcej kontaktu z przyjaciółmi, więcej sportu, hobby itd.), zarekomendować terapię wspomagającą (np. kontakt z psychologiem, fizjoterapeutą),

W czasie sesji natomiast, kluczowa jest rola terapeuty.  Może on kierować uwagę pacjenta na zasoby, by oderwać pacjenta od przykrych doświadczeń np. poprzez wspomniane wyżej wahadłowanie.  Terapeuta może wzmacniać zasoby samego systemu poprzez zapraszanie punktów zaciszenia EV4 i CV4. W punktach zaciszenia jest łatwiejszy dostęp do zdrowienia, zwiększa się potencja i witalność systemu.

Umiejętności werbalne

Oczywiste jest, że warto rozmawiać z klientem, szczególnie jak następuje uwolnienie traumatycznych doświadczeń. Wydaje się to być proste, ale jest to też umiejętność, której trzeba się nauczyć. By mówić to, co w danej chwili sprawi, że osoba na stole poczuje się bezpiecznie i zaakceptuje, że to co się z nią dzieje, to naturalny proces reorganizacji i uwalniania. Szczególnie podczas pierwszych doświadczeń klienta z uwalnianiem traumy, intensywne doznania, szczególnie ból, czy np. płacz mogą powodować niepokój, że coś złego się dzieje, albo że terapeuta coś zrobił źle. Dlatego tak ważne jest wytłumaczenie klientowi jego reakcji.

Rozmowa pobudza brzuszną cześć nerwu błędnego, odpowiedzialnego za zaangażowanie społeczne, pomaga budować relacje i zaufanie, potęguje u klienta poczucie obecności teraputy.

Kontakt z ciałem

Z uwagi na to, że trauma zapisuje się w ciele, odczucia z ciała są kluczem do jej uwolnienia. Dlatego warto zachęcać klientów, by byli otwarci na doświadczanie bardziej poprzez ciało, niż poprzez umysł. By to osiągnąć warto ćwiczyć tzw. felt sense – czyli odczucia płynące z ciała i starać się  doświadczać całości wydarzenia. Felt sense może być również wzmocniony poprzez ćwiczenie WOSI (ciężar, obrys, skóra, wnętrze).

STUDIUM PRZYPADKU

W tej części pracy przedstawię moje doświadczenia z uwalnianiem traumy podczas sesji terapii czaszkowo – krzyżowej. Zarówno jako pacjent, jak i jako terapeuta.

Zacznę od mojej praktyki terapeutycznej. Praktycznie od początku na sesje przychodziła do mnie kobieta w wieku około 50 lat. Przychodziła dość regularnie i była bardzo pozytywnie nastawiona do samej terapii. Natomiast jej ciało, jakby nie chciało tych sesji.  Podczas zabiegów, właściwie zawsze,  pojawiało się u klientki silnie swędzenie i mrowienie ciała, w różnych miejscach i w różnych natężeniu. Raz swędzenie było tak silne, że po około 15 minutach musiałam przerwać sesje. Umysł chciał zmian, a organizm nie był na nie gotowy i się w ten sposób bronił. Mimo to, klientka przychodziła nadal. Podczas jednej z sesji – pracy ze szwem strzałkowym nastąpiło u niej po raz pierwszy bardzo silne uwolnienie traumy. Najpierw czułam ciszę, a klientka miłe kołysanie całego ciała. Potem miałam wrażenie, że szew zapada się w coraz głębiej i głębiej. Było to bardzo intensywne doznanie, które się pogłębiało. Klientka natomiast poczuła najpierw lekki, a potem bardzo silny ból głowy. Miała wrażenie, jakby czaszka zapadała się jej do środka i jakby z całej dużej czaszki zrobił się tylko jeden mały punkcik. Miała uczucie, jakby ktoś wkładał jej pręt przez środek czaszki. Rozpłakała się i cały czas skarżyła się na bardzo silny ból głowy, przychodziły ją dreszcze, miała zawroty głowy i nudności. Miała również poczucie, że jest bardzo brudna. Pojawił się również smutek.

Ja w tym czasie próbowałam odwołać się do ustalonych wcześniej zasobów. Wywołało to u niej niesamowitą złość i jeszcze większe roztrzęsienie, prawie na mnie krzyczała i mówiła, że nie chce o tym rozmawiać i żebym przestała. Dawałam dużo przestrzeni i zapraszałam organizm do spowolnienia, ale nic nie działało. Zakończyłam sesję, zrobiłam herbatę i rozmawiałam z nią, starając się ją uspokoić.

Muszę przyznać, że ta sesja mnie przerosła,  nie wiedziałam, co mam zrobić, by przestała płakać i się uspokoiła. Metody, które miałam do dyspozycji, w mojej ocenie, nie zadziałały, czułam się bezradna i trochę winna. Niby wiedziałam, że nie zrobiłam nic złego, a wręcz przeciwnie, jednak jej gniewne reakcje, na to co mówiłam, trochę to przekonanie zachwiało. Sesja ta zostawiła mnie z poczuciem, że muszę się jeszcze dużo nauczyć.

A najlepiej uczyć się doświadczając na sobie. Podczas jednej z sesji terapii czas

zkowo – krzyżowej, w której byłam klientką doszło u mnie, po raz pierwszy, do bardzo silnych reakcji uwolnienia traumy. Płakałam, miałam mimowolne ruchy kończyn, rękami uderzałam w stół, tak mocno, że mnie bolały. Czułam również ogromny strach. Oddychanie sprawiało mi problem i miałam utrudniony przepływ powietrza. Pierwsze, co zauważyłam w podejściu mojej terapeutki, to fakt, że wcale nie usiłowała mnie uspakajać, co było moją reakcją w przypadku mojej klientki. Dawała przestrzeń na wszystkie moje reakcje, nie oceniała ich. Kiedy już myślałam, że się uduszę i mówiłam jej to bardzo sugestywnie panikując strasznie, powiedziała, że przecież nadal żyje i oddycham, co było dla mnie jak kubeł zimnej wody. Pomyślałam, że rzeczywiście jeszcze żyję i powoli zaczęłam się uspakajać. Sprowadzenie mnie do tu i teraz pomogło mojemu organizmowi spowolnić. Myślę, że kluczowym elementem w jej zachowaniu, który pomógł mi uwolnić tą traumę, to jej bezwarunkowa akceptacja tego, co się ze mną działo i jej uważna, aczkolwiek stanowcza obecność. Odniosłam wrażenie, że mimo tego wszystkiego, co się ze mną działo, miała kontrolę nad sobą, dużą pewność siebie i pewność sytuacji. Poświęciła mi też tyle czasu, ile potrzebowałam.

Wracając do mojej klientki – następna aktywacja zaszła u niej po około miesiącu czasu podczas pracy z kością potyliczną. W jej organizmie było bardzo dużo zamieszania, zdecydowanie wyczuwałam niefizjologiczne ruchy kości potylicznej o różnym natężeniu i kierunku.  W tym czasie pacjentka, najpierw czuła wzbierającą się energię i ciepło, które kierowało się w stronę pępka i powoli narastało, jakby za chwilę miał wybuchnąć wulkan. I po jakimś czasie miała wrażenie, że rzeczywiści przez pępek wulkan wybuchł. Zaczęły się bardzo zdecydowane reakcje w jej ciele, najpierw drżenie całego ciała, potem wręcz dygotanie całego ciała, silne problemy ze złapaniem oddechu, drętwienie stóp i sinienie rąk. Pacjentka uderzała rękoma w swoje ciało i moje ręce, a potem przeniosła ręce nad głowę, w takim geście jak noworodek. Zrobiła się czerwona na twarzy i miała coraz większe problemy z oddychaniem, więc odłączyłam chwyt i usiadła. Na twarzy pojawiały się niekontrolowane grymasy i płacz oraz niekontrolowane ślinienie się. Nie mogła nic powiedzieć, jakby zapomniała jak mówić i tylko wydawała z siebie takie mruczenia i buczenia. Do tego doszły zawroty głowy.  Po jakimś czasie uspokoiła się, wróciła mowa i mogła swobodnie oddychać, ale czuła silny ból prawego ucha i obrzęk całego ciała (jakby była cała pogryziona przez komary), miała nadwrażliwą skórę, ból głowy pozostał. Do wieczora wszystkie objawy minęły. Pojawił się jeszcze ból w nerkach, który też minął i przekształcił się w poczucie gorąca w nerkach (opisywała to, jakby miała w nerkach elektrownie). Po sesji nie pamiętała też dużej części tego, co się z nią działo. Zmieniło się jej też odczuwanie smaku, odczuwała poszczególne smaki bardziej intensywnie i wyraźnie czuła wszystkie składniki.

Moje podejście w czasie tej sesji było zupełnie inne niż podczas poprzedniej aktywacji.  Cały czas trzymałam ją w swoim polu i dawałam intencję spowolnienia. Niby robiłam to samo, co poprzednio, ale inaczej. Przede wszystkim byłam bardzo mocno osadzona i pewna tego co robię. Ja czułam się bezpiecznie, z tym co się z nią dzieje, w związku z tym ona również czuła się bezpiecznie. Po sesji powiedziała mi, że mimo tego wszystkiego, co się z nią działo, na wyższym poziomie czuła spokój i moją obecność, że to, że wspieram ją w tym procesie. Była we mnie też akceptacja, niech się dzieje to co się ma zadziać, bo ciało wie najlepiej. Nie próbowałam nic zmieniać, ani niczego zatrzymywać. Cały czas byłam również z nią w kontakcie werbalnym. Zapewniałam ją, że jest bezpieczna i że wszystko co się z nią dzieje jest wynikiem uwolnienia się traum. Nawet w sytuacji, gdy zrobiła się cała czerwona na twarzy i nie mogła złapać oddechu, mówiłam do niej, że wszystko będzie dobrze, że przecież ciągle oddycha i jest. Jest w tym momencie i żyje.  Mówiłam je, że jest pod opieką, że to co się dzieje, dzieje się dla niej, że jej organizm pozbywa się tego, co jest dla niej zbędne.

Po tej sesji, jeszcze parę razy zdarzyły się u niej sytuacje uwalniania traumy, jednak były one dużo mniej intensywne. W każdym z tych przypadków moim priorytetem było zapewnienie bezpiecznej przestrzeni podczas sesji i całkowite przyzwolenie na wszystko to, co się wydarzało. Klientka kontynuowała sesje ze mną, były one już spokojne.  Natomiast w trakcie, kiedy kończyłam pisanie tej pracy, moja klienta miała  „przypadkiem”  kolejny epizod bardzo silnej reakcji na uwolnienie traumy. Śmiałam się potem, że jej aktywacja była prezentem dla mnie, bym jeszcze raz mogła sobie potwierdzić, jakie narzędzia najlepiej sprawdzają się w takiej sytuacji i co należy robić.

Mi samej zdarzyły się jeszcze dwa przypadki uzdrowienia traumy podczas moich sesji. Mimo, iż byłam w intensywnym procesie, mój umysł rejestrował zachowanie terapeuty.  Do pracy jako terapeuta wzięłam z tych doświadczeń następne cenne wskazówki i wnioski.

Jedna z nich to lekcja akceptacji  – akceptacja, tego co mówi klient albo co robi jego ciało musi być całkowita. Podczas jednej sesji , która miała miejsce zaraz po wybuchu wojny na Ukrainie, cała się trzęsłam i miałam wrażenia, że w moim ciele został zbombardowany most a ja wpadłam do wody i się topiłam. Właściwie się utopiłam. Podzieliłam się tymi odczuciami z terapeutą. Pomyślałam sobie wtedy, że jakby mi tak klient powiedział, to byłabym, mimo zachowania neutralności, raczej przejęta i poruszona. Natomiast w odpowiedzi usłyszałam od mojego terapeuty pytanie – i jak Ci teraz jest z tym, że się utopiłaś? Pomyślałam sobie, jak on mnie może o to pytać! Zszokowało mnie to pytanie, zarówno jako klientkę i jako terapeutę i dołożyłam tą cenną lekcję akceptacji do mojego warsztatu pracy. Pytanie to pomogło mi zarówno uwolnić się od lęku, że się utopiłam, i jak i również skierowało moje myśli na inne tory prowadzące do uspokojenia się systemu.

Następny wniosek to potęga bycia w kontakcie werbalnym, który sprawdza się zawsze (z mojego dotychczasowego doświadczenia). Jest to na tyle uniwersalna metoda, że działa zarówno w przypadku osób, które mają dobry kontakt ze swoim ciałem, jak u tych ze słabszym, lub z brakiem odczuwania. Rozmowa angażuje społecznie, odwraca na chwilę uwagę od nieprzyjemnych, czy bolesnych doznań. Pozwala zmienić perspektywę i stymuluje procesy zdrowienia.

Po wszystkich sesjach, które miałam z moją klientką i po traumach, które uwolniły się w trakcie naszej pracy, zauważyła ona znaczącą poprawę jakości jej życia. W sprawach małych i dużych. Nie byłyśmy w stanie dojść do źródła tych traum, co było dla niej dużą przeszkodą, ponieważ bardzo chciała wiedzieć i rozumieć, co konkretnie zostało uwolnione i dlaczego teraz właśnie to. W takich przypadkach warto wytłumaczyć naszym klientom, że ciało ma swoją wrodzoną mądrość i uwalnia to, na co w danym momencie jest gotowe. I to, że nie wiemy, co to było, nie umniejsza w niczym, temu co się dokonało. Nie trzeba wiedzieć, trzeba zaufać ciału, że wie co robi.

W moim przypadku, jako klientki  – potwierdziło się również to, że traumę warto uwalniać się krok po kroku. Po mojej pierwszej aktywacji, która była dla mnie szokiem, myślałam, że jestem już uzdrowiona ze wszystkich możliwych traum. Wydawało mi się, że po takiej silnej reakcji mojego organizmu, nastąpiło tak potężne uzdrowienie, które spowoduje, że będę już „niezniszczalna i szczęśliwa do końca życia”. Oczywiście tak się nie stało i stopniowo kolejne warstwy znajdowały ujście.  Po prostu życie J.

PODSUMOWANIE

Trauma to doświadczenie, które zapisuje się w naszej psychice i przede wszystkim w ciele. Wszelkie formy pracy z ciałem wspomagają uwalnianie traumy.

Na przykładzie mojej klientki i mojej własnej mogę potwierdzić wysoką skuteczność terapii czaszkowo – krzyżowej w uwalnianiu traumy. Uwalnianie traumy to zamknięcie procesu, który wcześniej nie był możliwy do dokończenia. To znalezienie ujścia dla zamrożonej wokół punktów inercyjnych potencji, która teraz może zasilić wewnętrzne zasoby organizmu. Warto pracować z traumą, bo jak pisze Peter Levine „jeśli nie jesteśmy w stanie przejść przez traumatyczne doznania i odpowiednio na nie zareagować, niedokończony proces może wpływać na nasze dalsze życie”.

To co wywołuje u nas doświadczenia traumatyczne, jak i to, jak je uwalniamy jest sprawą bardzo indywidualną. Tak samo indywidualnie należy podejść do skuteczności poszczególnych narzędzi, jakimi dysponuje terapia czaszkowo – krzyżowa. Terapeuta ma do dyspozycji szereg metod: między innymi tworzenie bezpiecznej przestrzeni, świadomą obecność, pracę z zasobami, wahadłowanie, spowolnienie, czy umiejętności werbalne.

Moje dotychczasowe doświadczenie pokazuje, że najważniejsza z nich to umiejętność tworzenia bezpiecznej przestrzeni połączona z wysoką jakością obecności terapeutycznej i pewnością siebie. Jest to istotne podczas całej naszej relacji z klientem – od momentu, kiedy umówi się na sesję, do momentu po sesji, kiedy również w razie wątpliwości możemy go wspierać naszą obecnością. Może to pomóc zmianie się osadzić.

 Z każdą następną sesją, którą wykonywałam, niezależnie, czy dochodziło podczas niej do uwolnienia traumy, czy nie, coraz mniej robiłam a coraz więcej po prostu byłam.

Wystarczy być.