Moje doświadczenia w pracy TCK we wspomaganiu dzieci z nadpobudliwością psychoruchową - Europejskie Centrum Terapii

WPROWADZENIE

            Długo zastanawiałam się, o czym pisać, ponieważ zauważyłam, że sesje praktyczne przynosiły zadowalające efekty u osób mających problem z migrenami, bólami kręgosłupa, problemem ze snem, bólami w stawach, szczególnie kolanowych, oraz z problemami depresyjnymi. Jednak cały czas krążyły mi po głowie myśli, że efekty pracy z dziećmi najbardziej mnie satysfakcjonują.

Od razu pewnie każdemu nasuwa się myśl, dlaczego pracowałam z dziećmi? Otóż, wszystkie sesje praktyczne wykonywałam na osobach pełnoletnich, dorosłych. Sesje z dziećmi zaczęłam dodatkowo  praktykować po V seminarium, i to na ich prośby.

Zaraz po skończeniu studiów licencjackich rozpoczęłam pracę w placówce opiekuńczo – wychowawczej. Zawsze wiedziałam, że moje życie zawodowe związane będzie nie tyle z pracą z dziećmi, co pomocą tym, którzy zostali opuszczeni czy pokrzywdzeni przez najbliższych. Czułam potrzebę opiekowania się najmłodszymi i mimo, że swoje biologiczne dziecko urodziłam w dość późnym wieku, to doświadczanie pracy z dziećmi rozpoczęłam  wcześnie.

            Ponadto moja przygoda z terapią czaszkowo – krzyżową  rozpoczęła się „dzięki” dzieciom z pieczy zastępczej. Jest to bardzo specyficzna grupa borykająca się z wieloma kryzysami, traumami i emocjami, czy też zaburzeniami zachowania. Niejednokrotnie dzieci umieszczone w placówce muszą mierzyć się z wielopłaszczyznowymi trudnościami. Dodatkowo ogromna tęsknota, smutek i poczucie niesprawiedliwości potęgują problemy w ich codziennym funkcjonowaniu.

Mieliśmy w placówce dziewczynkę, która niosła na swoich barkach ogromny bagaż traumatycznych doświadczeń z domu. Żaden ze specjalistów, do których z nią jeździliśmy, nie potrafił jej pomóc; budziła się w nocy,  miała lęki,  bóle głowy, nie umiała nawiązywać poprawnych relacji rówieśniczych,  stwarzała problemy wychowawcze, miała trudności z dostosowaniem się do zasad i inne. Byłam świadoma, że bez odpowiedniej pomocy jej trudności będą się nawarstwiać. Niskie poczucie własnej wartości, brak akceptacji grupy rówieśniczej dodatkowo będą ją obciążały.

Podczas szkolenia zawodowego, prowadząca, która jest również terapeutką terapii czaszkowo – krzyżowej,  zaproponowała, żeby przyprowadzić dziewczynkę właśnie na terapię czaszkowo – krzyżową. Po kilku sesjach zauważalne były zmiany w samopoczuciu i zachowaniu dziecka. Byłam zafascynowana. Ponieważ dziewczynka była pod moją indywidualną pracą wychowawczą, to ja najczęściej z nią jeździłam na terapię. Przemiana dotyczyła wielu aspektów jej codziennego funkcjonowania. Dostrzegana była nie tylko przez wychowawców domu dziecka, ale również przez nauczycieli.

Po niedługim czasie do placówki „przyszła” kolejna dziewczynka, która również była pod moją indywidualną pracą wychowawczą . Niosła na swoich barkach bagaż z podobnymi doświadczeniami i dźwigała jeszcze odrzucenie i potępianie.  Ponadto zaczęły dochodzić samookaleczenia. Również efektów nie przynosiło leczenie farmakologiczne i terapie psychiatryczno – psychologiczne. Wielokrotnie była hospitalizowana na oddziałach psychiatrii dziecięcej – bez zauważalnej poprawy. Dostawała wypis do domu, ponieważ była maksymalny czas na oddziale. Po kilku tygodniach znów tam wracała. Jako zespół czuliśmy bezradność i niemoc. Przez swoje otoczenie dziewczynka odbierana była jako „wampir energetyczny”. Widzieliśmy, że dziecku jest z tym wszystkim ciężko i nie wiedzieliśmy jak pomóc.

Terapeutka terapii czaszkowo – krzyżowej  z Głogowa znów zaproponowała, żeby przyprowadzić do niej dziecko. Dziewczynka po terapii czuła się lepiej. Potrafiła panować nad emocjami, zaczęła się liczyć ze zdaniem i emocjami innych dzieci czy pracowników placówki. Ustąpiła eskalacja samookaleczania, a dominującymi emocjami stało się wyciszenie i opanowanie. Ogromny wpływ na jej funkcjonowanie miała systematyka terapii. Moja opieka nad nią miała jednak swoją drugą stronę. Ponieważ dużo pracowałam indywidualnie z dziewczynką i, chyba bardziej niż pozostali wychowawcy, czułam bezradność i niemoc. Zaczęłam sama źle się czuć. Mój cały wolny czas skupiał myśli, jak można jej pomóc i ile jeszcze to wytrzymam?

Umówiłam się sama na terapię czaszkowo – krzyżową. Czułam się bardzo dobrze i było mi łatwiej podczas dyżurów. Nie miałam spadków energii podczas pracy z dzieckiem. Odczuwałam wewnętrzny spokój, który dawał mi siłę do dalszej pracy i opieki nad pozostałymi dziećmi w placówce.

Terapia u mnie przynosiła szybkie efekty. Spodobała mi się. Nadal kontynuowałam terapię, podobało mi się, że czuję swoje ciało, pływy, punkty inercyjne i inne. Terapeutka była moją koleżanką i opowiadała mi o terapii, zarówno zachęcając, żebym sama spróbowała w Europejskim Centrum Terapii we Wrocławiu.

I tak zrobiłam. A teraz piszę pracę zaliczeniową. Oczywiście związaną z dziećmi. Z dziećmi z nadpobudliwością psychoruchową, których „życie” po terapiach czaszkowo – krzyżowych zmieniło się na lepsze.

KONTEKST BADAŃ

Nadpobudliwość psychoruchowa to zaburzenie, które może objawiać się na każdym etapie naszego rozwoju. Obejmuje trzy główne grupy objawów: nadmierną ruchliwość, zaburzenia koncentracji uwagi i nadmierną impulsywność. Przyczyną jest m.in. stres, zwłaszcza, gdy ma on przewlekły charakter związany z trudnymi wyzwaniami, niekomfortową sytuacją rodzinną.

Często takiego  stresu doświadczają dzieci trafiające do placówki opiekuńczo – wychowawczej. Wstydzą się mówić o swojej sytuacji rodzinnej. Ubarwiają opowiadania o domu i o rodzicach. Wcześniej musieli ukrywać to, co dzieje się w domu. Ta sytuacja ich przerasta, nie radzą sobie ze swoimi emocjami, zaczynają się problemy szkolne, nie potrafią usiedzieć spokojnie na lekcji, konieczność pozostawania w ruchu jest od nich niezależna. Dziecko nie potrafi dostosować swojego zachowania do okoliczności. Podczas zabawy często zachowuje się nieadekwatnie głośno, nie umie odpoczywać w ciszy i spokoju. Łatwo rozprasza się pod wpływem bodźców zewnętrznych.

Innymi przyczynami mogą być: obciążenie okołoporodowe – niedotlenienie, niska waga urodzeniowa; urazy głowy. Tak obciążone dzieci często trafiają pod opiekę placówek opiekuńczo-wychowawczych. Pracujący tam pedagodzy często wiele lat borykają się z trudnościami związanymi z oddziaływaniem wychowawczym na dzieci, u których jest podejrzenie nadpobudliwości psychoruchowej. Dodatkowym obciążeniem są relacje z rodzicami biologicznymi. One też często generują sytuacje stresowe, zarówno u dzieci jak i pracowników placówki. Brak wspólnie ukierunkowanych oddziaływań często stawia dziecko w sytuacjach patowych. Wtedy najczęściej można zaobserwować zaostrzenie objawów nadpobudliwości psychoruchowej.

            Większość dzieci, z którymi pracuję, ma zaburzoną całą propriocepcję i nie daje się dotykać, często płacze, nie chce zakładać ubrań, nie potrafi się dłużej czymś zająć, ich zachowania są nieadekwatne do sytuacji, dopuszcza się samookaleczeń i wykazuje zachowania agresywne. Ponadto dzieci te nie chcą uczestniczyć w proponowanych im formach terapii. Mają poczucie,  że jest z nimi wszystko w porządku i nic nie będą robić. Mam pełną świadomość, że jest to efekt wieloletnich zaniedbań ze strony tych, którzy powinni zadbać o realizację ich podstawowych potrzeb – rodziców. Dodatkowo ciągły kontakt z rodzicami biologicznymi powoduje u nich poczucie wewnętrznej rozterki. Z jednej strony zaczynają się czuć bezpiecznie w nowym domu, natomiast z drugiej mają „z tyłu głowy” poczucie, że nie mają prawa czuć się tu dobrze. Takie emocje nasilają w nich często zachowania nieakceptowane społecznie. Nie potrafią wyrażać swoich uczuć, radzą sobie tak jak nauczyły się w środowisku rodzinnym – czyli niewłaściwie. Proponowane nowe wzorce są przez nich natychmiast odrzucane. Wykazują objawy nadpobudliwości psychoruchowej.

            Zespół nadpobudliwości psychoruchowej jest zaburzeniem neurorozwojowym. U jego podłoża leżą nieprawidłowości w funkcjonowaniu ośrodkowego układu nerwowego (mózgowie i rdzeń nerwowy).  Mózgowie jest zaopatrywane w krew przede wszystkim przez układ tętnic zwany kołem tętniczym mózgu Willisa. Znajduje się ono na dolnej powierzchni mózgowia. Zaopatruje ono w krew całe mózgowie, oczodoły, okolice nosa oraz część opony twardej. Rdzeń kręgowy w organizmie człowieka przewodzi impulsy nerwowe pomiędzy mózgowiem a obwodowym układem nerwowym. Ma kształt grubego sznura i jest umiejscowiony w kanale kręgowym kręgosłupa. Obwodowy układ nerwowy kontroluje pracę elementów układu nerwowego pochodzących z wnętrza organizmu, z układu obwodowego oraz ze świata otaczającego, zapewniając prawidłową reakcję organizmu na bodźce.

            Jeżeli w sytuacji zagrożenia, organizm uzna, że reakcja walcz/uciekaj pochodząca ze współczulnego układu nerwowego (układ współczulny jest jedną z głównych części układu autonomicznego) jest niewystarczająca, uruchomi kolejną, która pochodzi z układu przywspółczulnego, a dokładnie nerwu błędnego grzbietowego. Uruchomienie nerwu błędnego grzbietowego prowadzi do dysocjacji, znieruchomienia, zastygania w bezruchu, utraty przytomności. Układ nerwowy nagle przechodzi ze stanu pobudzenia w stan zamarcia. Energia, czyli to pobudzenie związane z niebezpieczeństwem odczuwane w ciele, nie ma możliwości rozładowania się poprzez walkę lub ucieczkę.

Jak to się ma do terapii czaszkowo – krzyżowej? Michael Kern w książce „Mądrość ciała” pisze tak: „Płyn mózgowo – rdzeniowy (PMR) zapewnia podstawowe odżywienie ośrodkowego układu nerwowego (OUN), co pomaga w zachowaniu ciągłej chemicznej równowagi, nawet jeśli aspekty funkcjonowania ciała ulegają zmianom. Wszystkie najważniejsze funkcje, spełniane przez ośrodkowy układ nerwowy, są zależne od dostarczenia płynu mózgowo – rdzeniowego. Jeśli fizjologia płynu jest zaburzona, może to wpływać negatywnie na funkcjonowanie ośrodkowego układu nerwowego i stan zdrowia całego organizmu….”[i]

Terapia czaszkowo – krzyżowa „nie wymaga” wysiłku i żadnej pracy pacjenta, co przypuszczałam, że zachęci dzieci do sesji. Ich ulubione powiedzenie „nic nie muszą”. Szczególnie ci starsi wychowankowie byli zainteresowani i ku mojemu zdziwieniu, gdy zaczęłam z nimi o terapii czaszkowo – krzyżowej rozmawiać, to co niektórzy, zdążyli już wygooglować, co to jest za terapia.  Uświadomiłam koleżankom i zainteresowanym dzieciom, że terapia czaszkowo-krzyżowa nie ma nic wspólnego z magią. Jak pisze Michael Kern  „..Praktykujący TCK nie posiada żadnych tajemniczych mocy, ani stopni wtajemniczenia. Owszem jest niekonwencjonalna, jeśli chodzi o technikę pracy, gdy terapeuta w fazie nasłuchu spędza długie minuty pozornie nie robiąc nic. Trzeba jednak pamiętać, że wysiłek terapeuty wkładany jest w znacznie potężniejszy proces, który zachodzi w ciele pacjenta – proces autoregulacji, który ujawnia się w ciele właśnie jako Oddech Życia, o którym Sutherland pisał „…te siły w ciele pacjenta są większe, niż jakakolwiek ślepa siła wprowadzona tam z zewnątrz”….”[1]

            Dzieci chętne były, żeby poddać się tej terapii. Ubolewały, że najpierw trenuję sesje tylko na osobach pełnoletnich. Ucieszył się chłopiec, który miał skończone 18 lat. Opiszę jego przypadek w dalszej części, jednak muszę tu dodać, że był tak spragniony intuicyjnie tej terapii, że gdy przyszłam na kolejny dyżur nocny, podczas którego mieliśmy zrobić sesję, to w jadalni był uszykowany stół, na którym położone były kołdra (żeby mu się wygodniej leżało) i na niej poduszka.

            Wiedziałam, że każde z tych dzieci, potrzebuje takiej terapii,  ze względu na szeroki wachlarz korzyści. Według Bożeny Przyjemskiej, autorki książki Terapia czaszkowo- krzyżowa. Skuteczne techniki leczenia, ta forma pracy terapeutycznej  może być skuteczna m.in. w takich dolegliwościach jak:  „psychozy, autyzm, kłopoty z koncentracją, zaburzenia osobowości, nadpobudliwość u dzieci i dorosłych, stres, dysleksja,  kłopoty w szkole. Bóle i zawroty głowy, migreny, kłopoty ze wzrokiem i słuchem, nawracające zapalenia uszu u dzieci, zapalenia zatok, napięcia, bóle i zwichnięcie stawu skroniowo – żuchwowego, wady wymowy, zgrzytanie zębami, wady zgryzu. …”[2]

 John E. Upledger – jeden z twórców TCK, w latach 70. przeprowadził trzyletnie badania z udziałem dzieci autystycznych. Większość dzieci, z którymi pracuję, przejawia cechy autystyczne. Upledger odkrył, że terapia miała ogromny, pozytywny wpływ na te dzieci. M.in. poprawiła się ich socjalizacja, zaczęły okazywać miłość i przywiązanie do rodziców,  czy opiekunów, a wcześniej te interakcje były przedmiotowe.

NADPOBUDLIWOŚĆ PSYCHORUCHOWA: PRZYPADKI KLINICZNE

Zgodnie z tym, co pisałam wcześniej, poniżej opiszę trzy przypadki, które potwierdzą, że terapia czaszkowo – krzyżowa przynosi ulgę i daje pozytywne efekty dzieciom z nadpobudliwością psychoruchową.

Jako pierwszy przypadek, opiszę najmłodsze dziecko, z którym pracuję. Chłopiec, 5 lat. Diagnoza: zaburzenia ekspresji mowy oraz zaburzenia utrudniające dziecku funkcjonowanie.

Chłopiec praktycznie nie komunikował się werbalnie, wydawane dźwięki były niezrozumiałe, bardzo często pokazywał palcem wskazującym to, co chciałby zrobić. Czasami zdarzało mu się wydawane dźwięki poprzeć gestem, jednak bez kontaktu wzrokowego. Miał duże zapotrzebowanie na ruch. Nie lubił  być ograniczany, jego główną aktywnością był chód. Miał również duży problem z dotykaniem faktur sypkich typu ryż, piasek, mąka oraz faktur lepkich: glutki,  kisiel, farby; podczas tych aktywności cofał ręce, wycierał je. Nie lubił obcinania paznokci, włosów i czesania. Bardzo często wkładał ręce i przedmioty do buzi. Nie kontrolował własnych emocji. Uderzał głową w ścianę. Nie potrafił sobie poradzić z dotykiem oraz dźwiękiem w najbliższym otoczeniu. Bodźce, które docierały do niego z zewnątrz (zapachy, dźwięki, bodźce wzrokowe, smakowe, oraz dotykowe), oddziaływały bezpośrednio na jego stan pobudzenia, co miało związek z jego odpornością na stres oraz bezpośrednio z emocjami. Nie nawiązywał kontaktu z innymi osobami, oraz nie bawił się z dziećmi tak, jak jego rówieśnicy. Co najważniejsze, był i jest dzieckiem spokojnym, pogodnym i wesołym. Miał problemy z zasypianiem i spaniem. Nie lubił, gdy ktoś go dotykał lub przytulał; reagował wtedy atakiem paniki, przeraźliwym krzykiem i płaczem. Nasilało to sytuacje stresujące również dla innych wychowanków placówki. Młodsze dzieci nie rozumiały tych zachowań,  dokuczały mu, co powodowało eskalację zaburzeń. Starsze natomiast nie lubiły przebywać w jego towarzystwie, odczuwali dyskomfort.

Nikt z nas (wychowawców) nie patrzył na to obojętnie. Próbowaliśmy na każdy możliwy sposób pomóc chłopcu. Odbył wiele wizyt specjalistycznych, leczenie farmakologiczne, obserwacje psychiatryczne. Niestety żadne z tych działań nie przynosiło zadowalającego efektu. Zachowania niepożądane / zaburzone w dalszym ciągu dominowały w jego codzienności.

Mając wiedzę z kilku seminariów, po przeczytaniu obowiązkowej literatury i książki Terapia czaszkowo – krzyżowa u dzieci i niemowląt Netto i Etienne Peirsman, postanowiłam spróbować. Początkowo szukałam okazji i możliwości pracy z kością krzyżową. Starałam się bardzo, żeby chłopiec nie czuł mojego dotyku. Przede wszystkim przed każdym podejściem dbałam o rytuały kontaktu i granicę. Z tyłu głowy miałam tekst: „Prośba o pozwolenie na terapię nie zawsze jest konieczna. Na pewno nie należy jej wymuszać na siłę.” oraz „Nic nie musisz robić na siłę: ciało dziecka samo podpowie, co powinno się wydarzyć. Można by rzec, że każdy noworodek jest Mistrzem Zen.”[3] Ku mojemu początkowemu zaskoczeniu, dziecku nie przeszkadzał mój dotyk przy kości krzyżowej. Zapraszałam holistyczną zmianę, dbałam o przestrzeń. Początkowo ten kontakt był kilku lub kilkunastominutowy. Na każdym dyżurze starałam się  popracować z dzieckiem. Początkowo trudno było  mi wyczuć pływ lub ruch kości krzyżowej. Zorientowałam się, że po kilku terapiach chłopiec zaczął coś czuć i reagować. Najpierw reagował, gdy kość krzyżowa „ustawiała” lub „przesuwała” się;  on nagle zrywał się i odchodził, ale nie płakał, obserwował mnie. Nie unikał kontaktu ze mną. Później przez kilka „mini” terapii, gdy ja wyczuwałam oddech czaszkowy, ruch kości krzyżowej i średni pływ, on potrafił siedzieć kilka minut w bezruchu, po czym dalej kontynuował swoje zajęcie. Opiekunowie zaczęli zauważać, że dziecko potrafi na dłużej skoncentrować się podczas zabawy, zaczyna nawiązywać kontakt wzrokowy i wypowiadać sylaby. Najważniejsze: zaczął się przytulać do wychowawców. Jego zachowania były coraz bardziej adekwatne do sytuacji. Miało to ogromny wpływ na wiele aspektów jego codziennego funkcjonowania. Poprawa relacji z opiekunami, z innymi dziećmi, ale przede wszystkim zmiana jego samopoczucia. Zmniejszenie ilości ataków paniki, większa (adekwatna do wieku rozwojowego) świadomość własnych zachowań – to wszystko motywowało mnie do pracy z chłopcem.  Nadal kontynuowałam terapie. A jego ciało coraz bardziej odprężało się. Na dyżurach nocnych, gdy leżał w łóżku, sesje rozpoczynałam od stóp, wsłuchując się w opowieść ciała. Przeważnie, gdy następowała holistyczna zmiana, to zasypiał. Przechodziłam wtedy do kości krzyżowej, która wykonywała różne ruchy, bądź w ogóle nie wyczuwałam ruchu. Kilka razy ciało zaciszyło się. Sesje kończyłam przy ramionach. Po takich sesjach chłopiec przesypiał całą noc, nie wybudzał się z płaczem, a rano chętnie wstawał. Była to niewyobrażalna zmiana. Wcześniejszy brak snu i niewystarczająca ilość odpoczynku wzmagały u chłopca zaburzenia w jego codziennym funkcjonowaniu. Poprawa następowała stopniowo, lecz systematycznie. Po każdej z sesji zauważalne były postępy i regres zaburzeń.  Obecnie chłopiec mówi krótkie wyrazy, rytmicznie śpiewa piosenki, nawiązuje kontakt wzrokowy, dotyk nie sprawia mu bólu czy dyskomfortu i naśladuje zachowania innych dzieci, przy jedzeniu samodzielnie posługuje się łyżką. Niezmiernie istotne jest zaznaczenie wagi postępów w sferze werbalnej. To jedna z podstawowych umiejętności koniecznych do komunikowania się z otoczeniem. Wcześniej zauważyć można było frustrację spowodowaną zaburzeniami na poziomie mowy. Aktualnie posługując się krótkimi wyrazami, chłopiec ma poczucie większego zrozumienia przez otoczenie. Widocznie poprawiła się jego cierpliwość i wytrwałość w komunikacji. Dodatkowo usprawnienie dotyczyło również sfery oralnej – lepiej pracujące artylukatory, dają nadzieję na wycofanie opóźnionego rozwoju mowy chłopca. W trakcie terapii zauważyłam również zainteresowanie chłopca prozodią mowy (melodia, rytm, tempo), co wcześniej nie miało dla niego żadnego znaczenia. Również zdolność tworzenia pierwszych poprawnych relacji z innymi ma wielki wpływ na tego małego człowieka i rozwój jego osobowości. Podczas terapii  wiedziałam, że najlepszym okresem dla korekty wszelkich zaburzeń na poziomie komunikacji (wady wymowy, opóźniony rozwój mowy) jest okres wieku przedszkolnego. To właśnie w tym okresie kształtuje się w bardzo intensywny sposób umiejętność komunikacji i utrwalają się nieprawidłowe nawyki. Byłam przekonana, że ma to ścisły związek z niepożądanymi / zaburzonymi zachowaniami dziecka. Wyraźnie zauważalna była chęć chłopca do uczestniczenia w terapii. To dla mnie niesamowita satysfakcja, to emocje i doświadczenia, których nie da się zapomnieć. 

            Kolejnym przykładem, potwierdzającym skuteczność terapii czaszkowo – krzyżowej,  jest dziewczynka w wieku 16 lat; jej sytuacja rodzinna jest skomplikowana, nieuregulowana, trudna i mająca (z punktu widzenia wychowawców placówki) zły wpływ na dziecko.  Dziewczynka z pozoru grzeczna, nie mająca wymagań, spędzająca większość czasu w samotności, nie potrafiąca utrzymać prawidłowych relacji rówieśniczych; nieadekwatnie do sytuacji wybuchała agresją, a później zauważono u niej samookaleczanie. Przyjemska pisze: „Z obserwacji dr. Upledgera, który od wielu lat uczy TCK, wynika, że napięcie w prawej kości skroniowej może wywoływać objawy agresji i samookaleczania. Odblokowanie tych napięć przynosi dużą poprawę zachowania”[4]. Takie zachowania wychowanków placówki obrazuje, z jakimi traumami zmagają się dzieci w instytucjonalnej pieczy zastępczej. Niosą bagaż doświadczeń, którym można by obdzielić kilku lub kilkunastu dorosłych. Ponoszą konsekwencje za wybory i zachowania dorosłych. Mając na uwadze to czego doświadczyła opisywana przeze mnie 16 letnia dziewczynka, wiedziałam, że chcę jej pomóc.

Dyskretnie przyglądała się, gdy wykonywałam sesje starszym wychowankom. Zauważyłam, że w tym czasie wielokrotnie, bez potrzeby, przechodziła obok pomieszczenia, w której odbywała się sesja. Gdy wcześniej, co już opisałam, dzieci zaczynały zadawać pytania dotyczące terapii czaszkowo – krzyżowej, to ona np. spowalniała jedzenie lub pomagała przy jedzeniu młodszym wychowankom, udawała, że coś czyta w telefonie, lecz tak naprawdę widziałam, że z zaciekawieniem słucha, o czym mówię. Wiedziałam, że jest zainteresowana terapią, jednak nie odważy się o tym porozmawiać. Z tego powodu sama spytałam, czy mogłabym zrobić jej sesję, ponieważ jest najstarszą dziewczynką. W jej oczach pojawił się blask i cicho odpowiedziała, że tak. Spytała tylko kiedy?

            Koleżanka mówiła mi, że przed moim dyżurem nocnym, dziewczynka dość wcześnie wykonała swoje obowiązki wieczorne i z niecierpliwością czekała na wieczór. Tego wieczoru pomagała młodszym wychowankom wykonywać wieczorne dyżury  i położyć młodsze dzieci spać. Ku mojemu kolejnemu zaskoczeniu, gdy przyszedł  czas na terapię, położyła się na stole (już terapeutycznym, który przyniosła z mojego samochodu, a nie jak to odbywało  się wcześniej, na stole w jadalni) i czekała. Gdy zeszłam na dół, cicho powiedziała, że jest już gotowa. Usiadłam wygodnie na krześle, pamiętając o punktach podporu, rytuałach kontaktu i biosferze. Nadszedł czas, by spytać o zasób. Dla wyjaśnienia, wg Franklyna Sills a, autora Foundations of Craniosacral Biodynamics: „zasoby to elementy środowiskowe, duchowe, psychologiczne, emocjonalne, fizyczne i energetyczno – konstytucjonalne, które wspierają dobre samopoczucie i adaptację do stresu i trudnych doświadczeń.”[5] Terapeuta czaszkowo-krzyżowy pyta pacjenta o zasoby, ponieważ jest to funkcja wyobrażeniowa prawej półkuli. Im więcej pracujemy prawą półkulą, tym bardziej niwelujemy stres, który jest domeną lewej półkuli. Praca wyobrażeniowa wyzwala również endorfiny, tzw. hormony szczęścia. Zasoby pomagają ciału skontaktować się z pozytywnym doświadczeniem. Kiedy spytałam dziewczynkę o zasób, powiedziała, że chciałaby znów znaleźć się w sytuacji, gdy wspólnie z mamą i młodszymi braćmi była na placu zabaw i wszyscy kręcili się na karuzeli. To dla niej czas beztroski i jedne z niewielu miłych wspomnień dzieciństwa. Proste, a jednak niezmiernie ważne cofnięcie się do okresu, kiedy nie była obarczona problemami dorosłych, kiedy nie musiała ponosić za to konsekwencji.

            Sesję rozpoczęłam od stóp, oczekiwałam na holistyczną zmianę i wsłuchiwałam się w opowieść ciała. Michael Kern w książce Mądrość ciała, tak pisze o związkach ciała, umysłu i emocji:

„Ciało nigdy nie kłamie – kształtuje się wokół tego, czym jesteśmy w środku.  Jeśli trzymamy głowę nisko, mamy napięte ramiona, zapadniętą klatkę piersiową i ciężki chód, wszystko to może odzwierciedlać uczucia słabości i rezygnacji. Przeciwnie, gdy nasza głowa jest uniesiona, ramiona wyprostowane i elastyczne, klatka piersiowa porusza się swobodnie i idziemy żwawo, wskazuje to zarówno na pewność siebie, jak i witalność. Gdy trzymamy ciało w szczególny sposób z powodu naszych przekonań, obaw i emocji, wszystkie tkanki przyjmują taką formę, która będzie podtrzymywać ten stan umysłu.

Nasze fizyczne i psychiczne urazy, podobnie jak nasze myśli, uczucia i cechy charakteru, są odzwierciedlane we wzorcach, widocznych w strukturze naszych ciał. Odciski przygniatających doświadczeń są zatrzymywane w ciele w postaci inercji z powodu niemożności uzyskania dostępów do zasobów, które mogłyby je rozwiązać. Zaburza to przejawienie się naszego wrodzonego  zdrowia. Marilyn Ferguson zauważa: „W miarę upływu lat nasze ciało staje się chodzącą autobiografią, opowiadającą i nieznajomym i przyjaciołom o mniejszych i większych stresach naszego życia”. Język ciała to prawdziwe uniwersalne Esperanto”.[6]

Następnie przeszłam do kości krzyżowej i zakończyłam sesję przy ramionach. Po zakończeniu dziewczynka powiedziała, że jak będę chciała, to mogę jej jeszcze zrobić tą terapię, bo było fajnie. Ucieszyłam się, podziękowałam jej  i oczywiście umówiłam się na kolejną terapię.

Już po pierwszych sesjach wychowawcy zauważyli pozytywne zmiany w zachowaniu dziewczynki. Dziewczynka do tego czasu miała 8 sesji. Jej zachowanie zmieniło się i przede wszystkim nie okalecza się, oraz wyraziła zgodę na udział w terapii psychologicznej. Poza tym jest weselsza, aktywnie uczestniczy w życiu domu i poprawiły się jej relacje rówieśnicze. Zaczęła się uśmiechać. Jestem przekonana, że uczestnictwo w terapii zdjęło z jej ramion ciężar. Pozytywny skutek przyniosła sama terapia, ale również bezpośredni kontakt z terapeutą. Została dostrzeżona, była sama, była ważna, nie była postrzegana przez pryzmat swojego pochodzenia i miejsca, w którym przyszło jej spędzać dzieciństwo.

Ostatnim, opisywanym, przykładem jest chłopiec, który ma już 20 lat. W pieczy zastępczej przebywał od wieku przedszkolnego. Tu dorastał i w pewien sposób kształtował swoją osobowość. Obserwowaliśmy jego rozwój z ogromnym niepokojem. Dopiero, gdy posiadłam wiedzę z zakresu terapii czaszkowo-krzyżowej uświadomiłam sobie, że „być może”, mogę mu realnie pomóc. Terapie otrzymywał w miarę systematycznie od początku mojej praktyki. To on wymyślił miejsce i otrzymał najwięcej terapii na stole kuchennym. Chłopiec sprawiał trudności wychowawcze, był wulgarny wobec wychowawców i agresywny wobec wychowanków; spożywał alkohol i środki odurzające, miał problemy z prawem i nadzór kuratora sądowego, nie uczęszczał na zasądzoną mu terapię odwykową; nie przestrzegał zasad obowiązujących w domu. Podczas Zespołu do Spraw Okresowej Oceny Sytuacji Wychowanka zdecydowano, że chłopiec nie powinien być w placówce do czasu ukończenia szkoły zawodowej, tylko jak najszybciej powinien ją opuścić. Zachowania destrukcyjne z wiekiem nasilały się, co powodowało wielki niepokój wszystkich wychowawców. Chłopiec odmawiał korzystania z wszelkich zaproponowanych mu form pomocy, buntował się w jawny i nieakceptowany społecznie sposób. Ponieważ jest sierotą i nie miał dokąd pójść po opuszczeniu placówki, oczekiwaliśmy na zakończenie remontu w mieszkaniu „chronionym”. Wszyscy mieliśmy nadzieję, że kiedy zacznie odpowiadać sam za siebie – jego nastawienie do terapii i relacje z rówieśnikami ulegną znacznej poprawie. Im więcej wiedzy zdobywałam podczas seminariów, tym większą czułam konieczność pomocy chłopcu. Miałam nadzieję, znając go od wieku przedszkolnego, że jestem w stanie zawrócić go z równi pochyłej, na której się znalazł. Akurat w tym czasie zaczęłam praktykować na nim sesje terapeutyczne. Po trzeciej sesji koleżanka powiedziała, że była u niego w szkole i pierwszy raz usłyszała pochwały, a nie uwagi. Dla chłopca każda pochwała była sytuacją niecodzienną. Na przestrzeni lat przyzwyczaił nas do tego, że zachowania o charakterze demoralizującym to coś, co nikogo już nie dziwi. W placówce również jego zachowanie uległo poprawie. Był spokojniejszy, przestrzegał obowiązujących zasad, wykazywał się odpowiedzialnością, m.in. pomagał wychowawcom odprowadzając młodszą koleżankę do szkoły; pomagał młodszym dzieciom w codziennych czynnościach był dla nich cierpliwy i wyrozumiały. W znacznym stopniu poprawiły się jego relacje z innymi wychowankami, zmienił swoje otoczenie, i kolegów. Dostrzegałam w nim nawet pierwsze przejawy wrażliwości, o którą wcześniej nikt go nie podejrzewał.  Każdemu powtarzał, że terapia czaszkowo – krzyżowa mu pomogła i zmieniła go na lepszego człowieka. Zespół do spraw okresowej oceny sytuacji wychowanka stwierdził, że zachowanie chłopca uległo poprawie i może przebywać w placówce do zakończenia nauki w szkole zawodowej. Uznałam to za niebywały sukces. Codzienność chłopca zyskała w niewyobrażalny sposób. Odmienił swoje zachowanie nie do poznania. Właściwe postawy, które prezentował po zakończeniu terapii to przypadek godny opisania. Obecnie opuścił już placówkę; to była jego decyzja i mógł się do tego przygotować. Mam poczucie, że otrzymane sesje terapii czaszkowo – krzyżowej pomogły mu w znaczący sposób wejść w dorosłe życie. Oswoił się z myślą o samodzielności i wiem, że do dnia dzisiejszego funkcjonuje prawidłowo w środowisku lokalnym.

WNIOSKI KOŃCOWE

Rozpoczynając naukę terapii czaszkowo – krzyżowej, myślałam, że będzie ona, jednym z wielu narzędzi, które posłużą mi m.in. w pomocy dzieciom  sprawiającym trudności wychowawcze. Nie przypuszczałam, że efekty będą widoczne już podczas praktyki szkoleniowej i w tak szybkim czasie. Zaskoczyło mnie wiele aspektów oddziaływania terapii i reagowania na nią ciała pacjentów. Każde nowe doświadczenie wywierało na mnie ogromny wpływ zachęcając jednocześnie do dalszego kształcenia i pogłębiania wiedzy z zakresu terapii czaszkowo – krzyżowej.

Podsumowując wpływ terapii czaszkowo – krzyżowej  na dzieci z nadpobudliwością psychoruchową stwierdzam, że nic nie jest w stanie jej zastąpić. Muszę zaznaczyć, że wielki wpływ terapii czaszkowo – krzyżowej relacjonują mi na bieżąco  zachwyceni i wdzięczni (niestety mniejszość) rodzice. Rodzice, którzy na co dzień sami borykali się z trudnościami ich dzieci. Bo nadpobudliwość psychoruchowa to nie tylko uwagi ze szkoły, ale też codzienność. To wizyty w sklepie, to wyjścia w miejsca kultu religijnego, to imprezy okolicznościowe. Wszystkie te miejsca oczekują od dzieci zachowań mieszczących się w pewnych ramach. Rodzice dzieci nadpobudliwych psychoruchowo mierzą się z tą codziennością, często jednak pozostają bezradni. Terapia czaszkowo – krzyżowa daje im realne efekty, daje im samym spokój i wyciszenie obaw o funkcjonowanie dziecka kolejnego dnia.

Przypominają mi się tu początki, gdy terapię czaszkowo – krzyżową praktykowałam tylko na najstarszym wychowanku, a pozostałe dzieci miały być już w swoich pokojach na piętrze. Pamiętam, jak dzieci z zaciekawieniem, cichutko, pojedynczo, żeby ich nikt nie usłyszał,  schodziły na dół i zza ściany wychylały się, żeby podejrzeć, co robię. Niesamowity jest fakt, że wszyscy działali wspólnie i w porozumieniu. Nie było przed snem wygłupów, krzyków, czy płaczu i wołania opiekuna. Dzieci miały informację, że jak wykażą się odpowiedzialnością za siebie i nie będą sprawiały wieczorem problemów wychowawczych, gdy ja będę robiła terapię, to po kolejnym moim  powrocie ze szkoły, po kolei będę robiła terapie każdemu, zaczynając od najstarszych.

Ze względu na fakt, że praca będzie udostępniona do wiadomości publicznej, nie podałam imion dzieci.

Pracę zakończę cytatem z książki Michaela Kerna „Mądrość ciała”, do którego często „wracam” myślami, który znam na pamięć i towarzyszy mi podczas większości terapii:

 „…Co masz teraz zrobić? Posłuchaj rady starszego. On już tam był i wie, o czym mówi: „zaufaj Pływowi i zejdź mu z drogi!” Uczestnicz i kontempluj, bądź skromnym sługą, zawsze skorym do pomocy. Nie obawiaj się inercji, gdyż zawsze prowadzi ona do Zdrowia. Czekaj…Czekaj na pojawienie się tajemniczej furtki wiodącej w nieznane. Tak, dotarłeś do miejsca, w którym Twoje serce pragnie czegoś więcej. Odetchnij, nabierając w płuca jednocześnie radości i cierpienia. Ale czekaj…czekaj…czekaj…aż zostaniesz zaproszony. Odpocznij. Bądź czujny, zafascynowany, pamiętaj o swej misji i swej wierze głęboko w sercu…”.[7]

autor: BS

[1] „Mądrość ciała” Michael Kern, 2012r.

[2] „Terapia czaszkowo- krzyżowa. Skuteczne techniki leczenia.” Bożena Przyjemska 2017r.

[3] „TERAPIA CZASZKOWO – KRZYŻOWA U DZIECI I NIEMOWLĄT” NEETO I ETIENNE PEIRSMANN; 2011R.

[4] „Terapia czaszkowo – krzyżowa. Skuteczne techniki leczenia”, Bożena Przyjemska, 2017r.

[5] „Foundations of Craniosacral Biodynamics” Franklyn Sills,

[6] MĄDROŚĆ CIAŁA”, MICHAEL KERN, 2021R

[7] „MĄDROŚĆ CIAŁA”, Michael Kern, 2012r.

[i] Mądrość ciała”, Michael Kern, 2012r.