Pisząc tę pracę, pragnę podzielić się przekonaniem opartym o własne doświadczenia terapeutyczne, iż biodynamiczna terapia czaszkowo- krzyżowa przynosi spektakularne efekty w wspomaganiu leczenia parkinsonizmu.

Zacznę od wyjaśnienia podstawowych zagadnień:

  1. Czym jest choroba Parkinsona?

Chorobę Parkinsona rozpoznał doktor James Parkinson w 1817roku , ale szczegółowe badania nad tym schorzeniem wykonano w latach 60 XX wieku.  Choroba Parkinsona występuję najczęściej u starszych ludzi po 65 roku życia. Jest ona  samoistną przewlekłą powoli postępującą  chorobą zwyrodnieniową układu nerwowego. Polega ona na zanikaniu neuronów dopaminergicznych w istocie czarnej, co skutkuje niedoborem dopaminy w prążkowiu. Objawami tej choroby w zależności od jej etapu są między innymi: rżenie spoczynkowe, sztywność, bradykinezja, zaburzenie postawy i chodu, spowolnienie, dyskineza,  fluktuacje, zaburzenie emocji, zaburzenie węchu, zaburzenie snu,  nagłe parcie na mocz, zaburzenie funkcji poznawczych, halucynacje i urojenia. Jedną ze skal do oceny stopnia progresji choroby jest skala Braaka:

[i]

Dotychczas znanymi i stosowanymi metodami leczenia są aktywność fizyczna i fizjoterapia, farmakologia oraz interwencje chirurgiczne(głębokie stymulacje mózgu). 

  1. Czym jest parkinsonizm?

Parkinsonizm zwany jest idiopatyczną chorobą Parkinsona i  należy do zespołu jego  chorób. Jako zespól objawów ruchowych i nie ruchowych jest spowodowany dysfunkcją (pozapiramidowych) kręgów korowo- prążkowiowo- wzgórzowo- korowym na poziomie prążkowia. Cechuje się tym, że oprócz objawów ruchowych występują w nich, także objawy nieruchowe np.  zaburzenia czuciowe, autonomiczne, poznawcze i neurobehawioralne.  Objawy parkinsonizmu są typowe na Parkinsona ale również występują w obrazie klinicznym innych chorób zwyrodnieniowych układu nerwowego, takich jak zanik wieloukładowy  czy postępujące porażenie nadjądrowe.  Rozróżniamy parkinsonizm plus inaczej  atypowy ze względu na współwystępowanie innych objawów, np. piramidowych czy móżdżkowych.  A ze względu na przyczynę wyróżniamy dwa typy parkinsonizmu

  • parkinsonizm pierwotny, czyli choroba Parkinsona( parkinsonizm idiopatyczny), parkinsonizm genetyczny oraz inne choroby neurodegeneracyjne z objawami parkinsonizmu
  • parkinsonizm wtórny( objawowy), który może być pochodzenia polekowego, toksycznego, infekcyjnego, metabolicznego lub wystąpić w przebiegu innego uszkodzenia mózgu, spowodowanego niedokrwieniem, guzem, urazem czy wzmożonym ciśnieniem śródczaszkowym.

Leczenie parkinsonizmu zależności od przyczyny jest zupełnie inne w przypadku parkinsonizmu naczyniowego, zleca się optymalne dla każdego pacjenta leczenie cukrzycy, hiperlipidemii i otyłości, stosuje się także farmakologię oraz rehabilitacje. Z kolei w parkinsonizmie polekowym stosuję się farmakologię , a jeśli ta nie przynosi  pożądanych efektów wówczas zastępuje się ją elektrowstrząsami. Parkinsonizm pozatruciowy nie ma ustalonej procedury leczenia . Stosowanie farmakologii  raz daje efekty, a raz nie. Są udokumentowane przypadki parkinsonizmu pozatruciowy, których zadziałała terapia antycholinergiczna[1]

Istotne jest to, że parkinsonizm rozwija się zazwyczaj znacznie szybciej niż klasyczna postać choroby Parkinsona. Oznacza to, że objawy pojawiają się w krótszym czasie, a ich nasilenie jest zazwyczaj bardziej gwałtowne i dotkliwe w codziennym funkcjonowaniu pacjenta. Taki przebieg zaburzenia nie tylko wpływa na dynamikę diagnozowania i leczenia, ale również stawia chorego w obliczu szybszej utraty sprawności i większego obciążenia emocjonalnego. Warto także podkreślić, że u kobiet parkinsonizm rozwija się częściej i ma zwykle bardziej agresywny przebieg niż u mężczyzn. Objawy postępują szybciej, są bardziej nasilone i silniej wpływają na jakość życia, zarówno w aspekcie fizycznym, jak i psychicznym. Ta różnica płciowa w przebiegu choroby może wynikać z wielu czynników – hormonalnych, neurobiologicznych, a także społecznych – i wymaga szczególnej uwagi w procesie terapeutycznym oraz wsparcia psychologicznego.

  1. Czym jest biodynamiczna terapia czaszkowo-krzyżowa (BTCK)

Biodynamiczna terapia czaszkowo- krzyżowa opiera się na całościowym spojrzeniu na człowieka. Zgodnie z tym podejściem człowiek postrzegany jest jako zintegrowana całość, w której wszystkie elementy wzajemnie na siebie oddziałują. Koncepcja ta wywodzi się z badań dr Williama Sutherlanda (1873–1954), który zaobserwował rytmiczne, regularne ruchy ośrodkowego układu nerwowego oraz związanych z nim struktur. Sutherland porównał te ruchy do procesu oddychania, określając je mianem mechanizmu pierwotnego oddychania. Z kolei siłę napędzającą ten proces nazwał Oddechem Życia. W nurcie biodynamicznym terapia czaszkowo-krzyżowa traktuje Oddech Życia jako kluczowy element, zapewniający zdrowie, równowagę i harmonię w organizmie człowieka.[2]

Podstawowe założenia biodynamicznej terapii czaszkowo- krzyżowej:

  1. Oddech życia: Terapia opiera się na koncepcji, że ciało jest ożywiane przez pierwotną siłę witalną zwaną Oddechem życia. Ta siła jest źródłem zdrowia i równowagi w organizmie. Oddech życia łączy się bezpośrednio z pracą płynu mózgowo- rdzeniowego. Opływa on autonomiczny układ nerwowy i kontroluje utrzymanie wszystkich czynności życiowych.[3]
  2. Rytmiczne ruchy: Ośrodkowy układ nerwowy, płyny ustrojowe, tkanki i kości czaszki wykonują subtelne, rytmiczne ruchy. Poprzez subtelne dotyk terapeuta potrafi je wyczuć i wspierać ich harmonizację.
  3. Rola terapeuty i samoregulacja organizmu: Ważną rolę w biodynamicznej terapii czaszkowo- krzyżowej odgrywa terapeuta. Zaczynając od tego, iż odpowiada on za poczucie bezpieczeństwa i swobodę pacjenta, przygotowując przyjazną przestrzeń do przeprowadzenia sesji. W pomieszczeniu powinna być odpowiednia temperatura i cisza, aby dodatkowe bodźce z zewnątrz nie pobudzały niepotrzebnie układu nerwowego zarówno pacjenta, jak i terapeuty. Gdy terapeuta zadba już o komfort i wygodę swoją i pacjenta, zaczyna budować relacje z pacjentem  poprzez wspólne osadzenie się w tu i teraz dzięki tak zwanych punktom podporu, zadbanie o wspólne zasoby  i w końcu subtelny dotyk za pozwoleniem pacjenta i jego akceptacją.  W biodynamicznej terapii czaszkowo-krzyżowej proces zdrowienia rozpoczyna się momencie, gdy dochodzi do tzw. holistycznej zmiany.  W biodynamicznym podejściu oznacza to sytuację, gdy pacjent pozwala sobie na rezygnację z potrzeby świadomej kontroli, co umożliwia jego organizmowi przejście od utrwalonych wzorców napięć do korzystania z wewnętrznych zasobów i rytmu Oddechu życia.  Terapeuta delikatnie układa ręce na ciele pacjenta, koncentrując się na subtelnych zmianach rytmicznych i wspierając ich regulację.  Głównym celem terapeuty jest wspieranie naturalnych mechanizmów samoregulacji ciała, a nie bezpośrednia ingerencja w procesy zachodzące w organizmie.  Terapia jest niezwykle łagodna i bezbolesna, co czyni ją bezpieczną również  dla dzieci, osób starszych oraz osób wrażliwych.

Terapia traktuje człowieka jako całość, uwzględniając zarówno ciało fizyczne, jak i emocjonalne oraz duchowe aspekty zdrowia.

  1. Zastosowanie biodynamicznej terapii czaszkowo-krzyżowej w leczeniu parkinsonizmu na przykładzie przeprowadzonych przeze mnie terapii

Chciałabym podzielić się swoim doświadczeniem oraz spostrzeżeniami na temat zastosowania biodynamicznej terapii czaszkowo-krzyżowej w leczeniu pacjentów z objawami parkinsonizmu. Przedstawię dwa przypadki, które miałam okazję prowadzić i obserwować w trakcie terapii. Choć historie tych osób na pierwszy rzut oka były bardzo podobne, przebieg leczenia oraz jego efekty okazały się zupełnie różne, co utwierdziło mnie w przekonaniu, jak niezwykle istotne jest indywidualne podejście do każdego pacjenta i ich osobiste nastawienie do choroby. U obojga pacjentów zdiagnozowano parkinsonizm, jednak w żadnym przypadku nie stwierdzono jednoznacznych przesłanek pozwalających zaklasyfikować ich schorzenie jako parkinsonizm pierwotny (idiopatyczny) bądź wtórny. Oznacza to, że nie występowały u nich typowe czynniki ryzyka, takie jak przebyte udary, cukrzyca czy obciążenia genetyczne wskazujące na dziedziczną postać parkinsonizmu. Diagnoza została postawiona na podstawie obserwowanych objawów klinicznych, które pojawiły się u obojga niemal równocześnie. Do najbardziej uciążliwych symptomów należały charakterystyczne drżenie kończyn (tzw. drżenie spoczynkowe), ogólne osłabienie organizmu oraz problemy ze snem, które znacznie pogarszały codzienne funkcjonowanie. Mimo że symptomy były podobne, ich intensywność oraz sposób manifestacji różniły się, co w dalszym etapie wpłynęło na przebieg terapii i uzyskiwane rezultaty. Postanowiłam zastosować biodynamiczną terapię czaszkowo-krzyżową jako formę wsparcia leczenia w tych przypadkach. Ta delikatna forma terapii manualnej, opierająca się na uważnym słuchaniu rytmów ciała i wspieraniu jego naturalnych mechanizmów autoregulacyjnych, może być niezwykle pomocna w pracy z zaburzeniami neurologicznymi. Terapia ta pozwala na subtelne oddziaływanie na układ nerwowy, a jej celem jest m.in. redukcja napięć w ciele, co może przynieść ulgę w takich dolegliwościach jak drżenie czy bezsenność. Każda sesja była dostosowana indywidualnie do potrzeb pacjenta – zarówno pod względem intensywności pracy, jak i częstotliwości spotkań. Pomimo początkowego podobieństwa objawów, reakcje na terapię były zupełnie różne. U jednego z pacjentów zauważyłam stopniowe, ale wyraźne zmniejszenie częstotliwości drżenia oraz poprawę jakości snu już po kilku sesjach. Organizm zaczął reagować na terapię poprzez lepszą regulację napięcia mięśniowego oraz poprawę ogólnego samopoczucia. W przypadku drugiego pacjenta proces ten przebiegał znacznie wolnej. Terapia przynosi mniejsze efekty i wynika to zapewne z braku systematyczności wykonywanych sesji. Wymagało to ode mnie głębszej pracy z układem nerwowym i większej cierpliwości- zarówno z mojej strony, jak i ze strony pacjenta. Mimo to, także w tym przypadku osiągnęliśmy pozytywne efekty choć wymagało to większego zaangażowania  w proces terapeutyczny. Te dwa przypadki utwierdziły mnie w przekonaniu, jak ważne jest holistyczne podejście do pacjenta i indywidualne dostosowanie terapii do potrzeb konkretnej osoby. Biodynamiczna terapia czaszkowo-krzyżowa, choć niezwykle subtelna, może stanowić cenne wsparcie w leczeniu objawów parkinsonizmu, szczególnie w zakresie poprawy jakości życia pacjentów. Chętnie podzielę się także szczegółami dotyczącymi przebiegu terapii oraz refleksjami z nią związanymi, które mogą być pomocne dla innych terapeutek i terapeutów pracujących z podobnymi przypadkami.

Pan Zygmunt pojawił się w moim gabinecie trzy lata temu. Początkowo zgłosił się na klasyczny masaż leczniczy – jak mówił, „żeby rozruszać ciało i utrzymać je w formie”. Nie wiedziałam jeszcze wtedy, jak głęboka i wielowymiarowa stanie się nasza wspólna droga. Już przy pierwszym spotkaniu zwrócił moją uwagę. Nie tylko ze względu na wyraźne objawy parkinsonizmu, jak drżenie lewej ręki i sporadyczne zakłócenia mowy, ale przede wszystkim przez sposób, w jaki był obecny. Był w ciele, choć to ciało go nie słuchało. Czułam w nim ogromną uważność – taką, jaką mają osoby, które musiały nauczyć się żyć bliżej siebie, bo życie je do tego niejako zmusiło. Zawsze poruszają mnie ci, którzy w chorobie nie zamykają się w bólu czy rozpaczy, lecz odnajdują w niej pewien rodzaj zgody, pogodzenia się – nie z rezygnacją, ale z pokorą i gotowością do współpracy. Tak właśnie było z Panem Zygmuntem. Od początku była między nami nić porozumienia, niewerbalna, płynąca gdzieś spod słów, oparta na wzajemnym szacunku i obecności. Mimo że nie znał wcześniej terapii czaszkowo-krzyżowej, jego otwartość i zaufanie sprawiły, że zaproponowanie tej formy pracy przyszło naturalnie. Przez pierwsze półtora roku spotykaliśmy się regularnie na masażu, podczas którego obserwowałam, jak jego ciało reaguje, jak się otwiera, jak – mimo choroby – potrafi wchodzić w głęboki kontakt z samym sobą. Z czasem zaczęłam czuć, że klasyczna forma pracy to za mało – jakby ciało Pana Zygmunta potrzebowało więcej przestrzeni, więcej ciszy, więcej subtelności. Biodynamiczna terapia czaszkowo-krzyżowa przyszła jako naturalna kontynuacja tego, co już się działo. Czułam, że jego organizm jest gotowy na głębszy poziom słuchania i regulacji.

Naszą pierwszą sesję pamiętam wyjątkowo wyraźnie. To było jak wejście w zupełnie nowy wymiar obecności. Zaczęłam od prostego chwytu na ramionach, chcąc tylko posłuchać. Nie analizować, nie diagnozować, tylko być. I wtedy wydarzyło się coś, co mnie poruszyło . Był to moment w oczekiwaniu na przyjście holistycznej zmiany. Drżenie jego ręki, stale obecne, ustało niemal natychmiast. Nie na chwilę. Na całą sesję. W ciele zapanowała cisza – nie martwa, ale pełna. Jakby system nerwowy otrzymał komunikat, że wreszcie może odpocząć, że nie musi już walczyć. Było w tym coś świętego. Nie przez wzniosłość, ale przez prostotę tej chwili. Gdy przeszłam do chwytu kołyskowego poczułam wewnątrz czaszki drżenie, jakiego nigdy wcześniej u nikogo nie czułam.  Było to drżenie niewidoczne na zewnątrz i wiedziałam, że jest ono wywołane przez parkinsonizm. Następnie poczułam delikatną pulsację .Była ona rytmiczna, trudna do opisania, ale jednoznacznie obecna była w niej informacja o napięciu, o nierównowadze, o zaburzonym przepływie. Nigdy wcześniej nie odczułam czegoś takiego – to nie był zwykły opór w tkance. To było jak wewnętrzne wołanie – ciche, ale wyraźne – że coś w tej lewej półkuli nie może się poruszyć, że coś zostało zatrzymane w czasie. Czułam tam gęstość. Czułam, jak płyn mózgowo-rdzeniowy próbuje płynąć, ale coś mu w tym przeszkadza. Jakby struktury były zlepione, zbite w jedną nieruchomą, ciężką masę. Zostałam w tym miejscu długo. Nie po to, by coś „naprawiać”, ale po to, by być świadkiem i towarzyszem. Tego dnia również zanikło drżenie w czaszce, pojawiła się miękkość, a po sesji Pan Zygmunt powiedział, że nie czuł takiego spokoju od lat. W kolejnych tygodniach powtarzaliśmy podobny schemat. Ciało odpowiadało z coraz większym zaufaniem. Drżenia znikały w trakcie sesji, a odczuwalne zmiany utrzymywały się coraz dłużej. Wprowadzając inne techniki, między innymi chwyt Sutherlanda, zaczęłam dostrzegać, jak delikatnie rozwarstwia się struktura tkanek, jak przestrzenie między nimi zaczynają znowu oddychać, jak coś, co długo było zamknięte, nagle znajduje ujście. I wtedy nadszedł moment, który zostanie ze mną na zawsze – sesja, podczas której Pan Zygmunt płakał przez całą godzinę. Płakał bez słów. Ciało drżało cicho, w rytmie, który nie był już objawem choroby, lecz oznaką uwalniania. Płynął z niego ból, żal, być może dawno niewypowiedziane emocje, które znalazły w końcu przestrzeń, by się zamanifestować. Podczas tej sesji lewa strona czaszki po raz pierwszy naprawdę się poruszyła. Oddech życia popłynął tam z taką wyraźnością, że miałam wrażenie, jakby cała ta strona rozświetliła się wewnętrznie. Coś się przełamało. Blok, który dotąd przyjmowałam jako niezmienny, nagle się rozpuścił, przynajmniej częściowo. Po zakończeniu tej pracy Pan Zygmunt otworzył oczy i powiedział, że pierwszy raz od dawna czuje, że naprawdę oddycha. Na poziomie codzienności zmiany również były widoczne – ręka stała się sprawniejsza, sen głębszy, a napady drżenia mniej uciążliwe. Po raz pierwszy był w stanie przenieść talerz z zupą bez rozlania. Niby drobiazg, a dla niego – mały cud. Widziałam, jak radość z powrotu sprawczości ożywia jego twarz, głos, całą postawę ciała.

Z czasem zauważyłam również, że na samopoczucie Pana Zygmunta i intensywność objawów wpływają warunki atmosferyczne – zwłaszcza deszczowa pogoda i nagłe spadki ciśnienia. Jego ciało wtedy było bardziej napięte i bardziej niespokojne niż zwykle. Pamiętam pewien szczególny dzień, kiedy stanął w progu mojego gabinetu i przywitał się ze mną drżącym głosem. Jako osoba niewidoma, nie widziałam jego twarzy, ale słyszałam w głosie napięcie. Rozpoczęłam sesję od pracy na ramionach – ręka uspokoiła się po chwili. Następnie przeszłam do chwytu kołyskowego, by ponownie „posłuchać” czaszki. Tym razem drżenie wewnętrzne było dużo silniejsze, a ruch płynów mózgowo-rdzeniowych chaotyczny. Zaimprowizowałam – położyłam dłonie wzdłuż żuchwy, obejmując palcami usta. Pod palcami poczułam silne drżenie, które stopniowo zaczęło się uspokajać. To, co wcześniej wydawało się chaotyczne, powoli wracało do łagodnego rytmu. Po raz kolejny byłam pod wrażeniem skuteczności terapii czaszkowo-krzyżowej. Gdybym nie doświadczyła tego osobiście, trudno byłoby mi w to uwierzyć  Późniejsze sesje poświęciłam pracy z kością klinową. Jej ruch był znacznie zaburzony – przesunięcie w prawo, blok z lewej. Wymagało to kilku tygodni uważnej, powolnej pracy, ale gdy w końcu poczułam, że ruch staje się bardziej fizjologiczny, zaproponowałam Panu Zygmuntowi kontrolne badania. Byśmy mogli zobaczyć, jak terapia wpływa na parametry medyczne. W tym samym czasie rozpoczął leczenie farmakologiczne. Skutek był natychmiastowy – drżenie w życiu codziennym znacznie się zmniejszyło. To pozwoliło nam pogłębić pracę na poziomie emocjonalnym, bo ciało nie musiało już bronić się przed tak silnymi objawami. Był moment, w którym zaprosiłam do pracy obszar serca. Ta sesja była wyjątkowa. Pan Zygmunt zapadł w stan półsnu, mówił o obrazach, o kolorach, które widział. Czułam, że ciało oddycha inaczej, jakby cała klatka piersiowa pulsowała światłem. W kolejnych tygodniach sesje były jeszcze głębsze. Ciało Pana Zygmunta wchodziło w stan pełnego zaciszenia- samo decydowało, czego potrzebuje, a ja podążałam za jego procesem, po prostu byłam obecna, trzymałam.  Z czasem  dowiedziałam się, że Pan Zygmunt samowolnie zmniejszył dawkę leków. Nie konsultował tego z lekarzem, a mimo to jego stan nie pogorszył się – przeciwnie. Choć nie mogłam tego oficjalnie pochwalić, czułam dumę i wdzięczność. Nasza praca przynosiła rzeczywisty efekt – namacalny, mierzalny. Podczas wizyty kontrolnej u lekarza, Pani doktor była zaskoczona poprawieniem się stanu zdrowia Pana Zygmunta- ten jednak nie wspomniał  jej, że samowolnie zmniejszył dawkę leków. Podświadomie czułam, że jego poprawiający stan to jednak zasługa terapii. W kolejnych sesjach pracowałam z kością krzyżową, z linią środka, z punktami inercji. Co najważniejsze – niezależnie od techniki, od chwytu, od miejsca, objawy parkinsonizmu ustępowały zawsze. Każdorazowo, bez wyjątku. Ciało Pana Zygmunta wchodziło w stan, w którym znajdowało równowagę. To nie było tylko działanie techniki – to była relacja, pole, obecność, zaufanie. I przestrzeń, w której ciało mogło wreszcie powiedzieć „tak”.

Dziś, patrząc na Pana Zygmunta i wracając myślą do naszej pierwszej sesji, widzę ogromną drogę, którą wspólnie przeszliśmy. Lewa strona, która była kiedyś jak zamknięte drzwi – twarda, ciężka, bez oddechu – teraz jest miękka, podatna, rozświetlona. Ruch oddechu czaszkowego wyrównał się, całość stała się lżejsza, spokojniejsza. Jedynie zagęszczenie płynu po lewej stronie jeszcze nie całkiem się rozpuściło – ale wiem, że to tylko kwestia czasu. Czuję to w jego ciele. Pan Zygmunt to pacjent, którego obecność odmienia nie tylko sposób, w jaki pracuję, ale również sposób, w jaki myślę o chorobie, o ciele, o uzdrawianiu. To spotkanie z nim jest dla mnie nieustającym przypomnieniem, że ciało – nawet w chorobie – nie przestaje mówić, nie przestaje dążyć do równowagi. Potrzebuje tylko przestrzeni, uwagi i drugiego człowieka, który powie: „Jestem tu. Słucham”.

Kolejnym przykładem skuteczności biodynamicznej  terapii czaszkowo-krzyżowej w leczeniu parkinsonizmu są sesję przeprowadzone z  udziałem Pani Krystyny, która — podobnie jak Pan Zygmunt — zmaga się z tą chorobą . Od kilku lat jest pod stałą opieką lekarzy specjalistów i przyjmuje leczenie farmakologiczne. Pani Krystyna ma obecnie siedemdziesiąt dwa lata i, tak jak Pan Zygmunt, trafiła do mnie początkowo na masaż leczniczy całego ciała.

Spotykamy się już od ponad czterech lat, co pozwoliło mi na uważne i długoterminowe obserwowanie rozwoju jej choroby. Gdy po raz pierwszy przyszła do mojego gabinetu, głównym objawem parkinsonizmu u niej było nietypowe drżenie lewej ręki — inne niż to, które obserwowałam u Pana Zygmunta. Ręka Pani Krystyny samowolnie i niekontrolowanie wykręcała się do środka na wysokości przedramienia i nadgarstka. Podczas masażu wyczuwałam również delikatne drżenie tkanek w lewym udzie, choć nie było ono jeszcze widoczne z zewnątrz.

Po doświadczeniach terapeutycznych z Panem Zygmuntem zaproponowałam Pani Krystynie rozpoczęcie biodynamicznej terapii czaszkowo-krzyżowej. Moje odczucia podczas pierwszych sesji zaskakująco przypominały to, czego doświadczałam w pracy z Panem Zygmuntem. Ponownie pojawiło się wrażenie wewnętrznego drżenia w obrębie czaszki, niewidocznego z zewnątrz. Oddech życia nie był pełny po lewej stronie głowy, a struktura tkanek w tej części wydawała się zbita, zlepiona i ciężka. Płyn mózgowo-rdzeniowy był zablokowany po lewej stronie ciała, co uniemożliwiało jego swobodny przepływ. Nie byłam już zaskoczona, gdy po krótkim czasie połączenia się z ciałem Pani Krystyny drżenie ręki ustało, a po przełożeniu dłoni pod potylicę ustało ono również wewnątrz czaszki.

Po zakończeniu pierwszej sesji Pani Krystyna była pod ogromnym wrażeniem działania terapii i z wielką chęcią uczestniczyła w kolejnych. Od tamtej pory spotykałyśmy się regularnie. Sesje stały się integralną częścią jej wsparcia w codziennym funkcjonowaniu. Z czasem zaczęłam dostrzegać subtelne, lecz istotne zmiany — w jakości jej obecności, sposobie poruszania się i ogólnym samopoczuciu. Jej ciało zaczęło się stopniowo rozluźniać, a epizody wewnętrznego drżenia stawały się coraz rzadsze i krótsze.

Z każdą kolejną sesją Pani Krystyna szybciej wchodziła w stan głębokiego spokoju i regulacji. Płyn mózgowo-rdzeniowy, wcześniej wyraźnie zablokowany, zaczął poruszać się swobodniej, a struktury czaszki stawały się bardziej elastyczne. Tkanki odzyskiwały swoją naturalną jakość — miękkość, sprężystość i przestrzeń. Pani Krystyna często dzieliła się ze mną swoimi odczuciami. Mówiła, że po sesjach czuje się spokojniejsza, lepiej śpi, ma więcej siły i większą zdolność radzenia sobie z codziennymi wyzwaniami. Z czasem rzadziej doświadczała także lęków i napięcia wewnętrznego, które wcześniej były dla niej niemal codziennością.

Tym bardziej przykro mi było, gdy niespodziewanie musiałyśmy przerwać terapię z powodu jej wyjazdu. Kiedy po kilku miesiącach wróciła do mojego gabinetu, jej stan zdrowia był wyraźnie gorszy. Była osłabiona, mówiła wolniej, znów pojawiły się lęki i trudności ze snem. Co więcej, drżenie lewej ręki rozszerzyło się na lewą nogę. Zdecydowałyśmy się rozpocząć terapię od nowa. Pracujemy różnymi technikami, jednak mam wrażenie, że proces uzdrawiania przebiega tym razem wolniej. Czas, który dla zdrowej osoby nie stanowiłby dużej różnicy, dla niej okazał się wystarczający, by choroba znacząco się pogłębiła.

Mimo to Pani Krystyna nie traci ducha. Wciąż pozostaje osobą ciepłą, uśmiechniętą, otwartą na kontakt i współpracę. Każda sesja z nią utwierdza mnie w przekonaniu, że cierpliwa, obecna praca biodynamiczna ma ogromną wartość. Obserwowanie, jak jej układ nerwowy stopniowo odzyskuje przestrzeń do regulacji i równowagi, jest dla mnie poruszające i inspirujące. Coraz wyraźniej dostrzegam, jak bardzo choroba przewlekła wpływa nie tylko na ciało, ale i na poczucie tożsamości. Parkinsonizm odbiera ludziom kontrolę nad własnym ciałem, a z nią często także poczucie bezpieczeństwa i godności. Dlatego tak istotne staje się stworzenie przestrzeni, w której osoba może znów poczuć się całością — widziana, wysłuchana, przyjęta taka, jaka jest. W czasie pracy z Panią Krystyną zdarza się, że pod wpływem głębokiej regulacji wracają wspomnienia, emocje, obrazy z przeszłości. Innym razem pojawia się sen — krótki, lecz regenerujący. Te momenty są znakiem, że jej system zaczyna ufać, że może się rozluźnić, że nie musi nieustannie być w stanie czuwania.

Nie chcę „naprawiać” ciała. Moim celem jest wspieranie tego, co w nim wciąż żywe, nawet jeśli tylko na poziomie mikroruchu czy subtelnego impulsu. To właśnie w tych drobnych zmianach kryje się ogromna siła — przestrzeń, w której może pojawić się ulga, oddech, spokój. Relacja, którą zbudowałyśmy przez lata, jest fundamentem tego procesu. Opiera się na zaufaniu, szacunku i obecności. Przestrzeń terapeutyczna, w której nie ma pośpiechu, ocen ani presji, pozwala na prawdziwe spotkanie — nie tylko terapeutyczne, ale głęboko ludzkie.

Zarówno Pani Krystyna, jak i Pan Zygmunt, uczą mnie pokory wobec procesów, które zachodzą w ciele i w duszy. Uczą mnie, że biodynamiczna terapia czaszkowo-krzyżowa może być czymś więcej niż metodą — może być formą czułej obecności. W miejscu, gdzie zaczyna się prawdziwe słuchanie, może też zacząć się głęboka, wewnętrzna zmiana

  1. Podsumowanie

Głęboko wierzę, że moje osobiste odczucia i spostrzeżenia, które opisałam na podstawie pracy z Panem Zygmuntem i Panią Krystyna, stanowią wystarczający i przekonujący dowód na to, że biodynamiczna terapia czaszkowo-krzyżowa ma realny sens w procesie leczenia parkinsonizmu. Ich historie, subtelne zmiany zachodzące w ciele i psychice, a także reakcje organizmu obserwowane w trakcie sesji, pokazują, że podejście biodynamiczne może być skutecznym i wartościowym wsparciem w radzeniu sobie z tą trudną i wielowymiarową chorobą. To właśnie poprzez indywidualne doświadczenie, empatyczną obecność i uważność na wewnętrzny rytm pacjenta, możliwe staje się wspieranie jego systemu nerwowego w kierunku większej równowagi i regeneracji. Istotnym aspektem, który chciałabym podkreślić w kontekście pracy z pacjentami cierpiącymi na parkinsonizm, jest tempo rozwoju tej choroby oraz intensywność towarzyszących jej objawów. W odróżnieniu od choroby Parkinsona, która zazwyczaj rozwija się powoli, często na przestrzeni wielu lat, parkinsonizm postępuje znacznie szybciej. To dynamiczne tempo sprawia, że objawy pojawiają się nagle i w krótkim czasie osiągają dużą intensywność, co czyni je znacznie bardziej dotkliwszymi i trudnymi do zniesienia z perspektywy pacjenta. Podczas gdy osoby z chorobą Parkinsona mają czas, by stopniowo adaptować się do zmieniającego się stanu zdrowia, wdrażać odpowiednie leczenie oraz dostosowywać swoje codzienne funkcjonowanie, pacjenci z parkinsonizmem doświadczają gwałtownego pogorszenia sprawności ruchowej i ogólnego samopoczucia. Drżenie kończyn, sztywność mięśni, spowolnienie ruchowe czy zaburzenia snu mogą pojawić się niemal z dnia na dzień, odbierając poczucie kontroli nad własnym ciałem. To nagłe pogorszenie stanu zdrowia wpływa nie tylko na sferę fizyczną, ale również na stan emocjonalny pacjenta, wywołując silne napięcie, lęk, a czasem poczucie bezradności wobec szybko postępujących zmian. Właśnie dlatego tak istotne jest, aby podejście terapeutyczne obejmowało zarówno wsparcie fizyczne, jak i emocjonalne. Biodynamiczna terapia czaszkowo-krzyżowa, którą stosuję w pracy z pacjentami z parkinsonizmem, dzięki swojej subtelności i głębokiemu oddziaływaniu zna układ nerwowy, może przynieść ulgę w tych trudnych do zniesienia objawach. Choć terapia ta nie zatrzymuje samego postępu choroby, może w znacznym stopniu złagodzić jej najbardziej dokuczliwe symptomy, przywracając pacjentowi poczucie spokoju i równowagi we własnym ciele. Subtelna praca z rytmami ciała oraz wsłuchiwanie się w potrzeby organizmu pozwala na delikatne obniżenie napięcia mięśniowego, poprawę jakości snu, a także na regulację emocji, które często towarzyszą gwałtownemu przebiegowi choroby. Dzięki temu pacjent może choć częściowo odzyskać poczucie stabilności i bezpieczeństwa, które w obliczu tak szybkich zmian zdrowotnych staje się niezwykle cenne. Doświadczenie pracy z osobami cierpiącymi na parkinsonizm nauczyło mnie, jak ważne jest podejście holistyczne, które uwzględnia zarówno ciało, jak i psychikę pacjenta. Szybki postęp choroby wymaga nie tylko umiejętności pracy manualnej, ale również empatii, uważności i otwartości na potrzeby drugiego człowieka. Każda sesja staje się wówczas nie tylko działaniem terapeutycznym, ale także przestrzenią, w której pacjent może poczuć się wysłuchany, zrozumiany i zaopiekowany – co jest nie mniej istotne niż same efekty fizyczne terapii.

Uważam, że biodynamiczna terapia czaszkowo-krzyżowa zasługuje na to, aby została oficjalnie wpisana na listę metod wspierających leczenie parkinsonizmu. Jej delikatne, a zarazem głęboko oddziałujące podejście, skoncentrowane na regulacji układu nerwowego, przywracaniu wewnętrznej równowagi oraz wzmacnianiu zasobów organizmu, czyni ją cennym uzupełnieniem tradycyjnych form terapii. W mojej praktyce terapeutycznej wielokrotnie obserwowałam, jak poprzez subtelny kontakt i pełną szacunku obecność, możliwe jest złagodzenie napięć, zmniejszenie objawów somatycznych oraz poprawa ogólnego samopoczucia pacjentów z parkinsonizmem. To podejście, choć nienachalne, posiada głęboki potencjał transformacyjny i powinno znaleźć swoje miejsce w interdyscyplinarnym modelu opieki nad osobami zmagającymi się z tą chorobą.

[1] Monika Rudzińska, Andrzej Szczudlik Parkinsonizm atlas s. 11-14

[2] Micheal Kern Mądrość ciała. Czaszkowo-krzyżowe podejście do istoty zdrowia s. xxi

[3] Roger Gilchrist Podstawy terapii czaszkowo- krzyżowej. Ujęcie biodynamiczne s. 27-18

[i] Andrzej Fiedman Choroba Parkinsona od mechanizmów do leczenia s.9

Emilia Zych